Fiksacji czyli wariacji akt pierwszy i ... drugi...
       
  Życiorys. Strona 48.        
                     
   
Bujanie w obłokach !
 
   
 
                                           
           
Z Elą rozstałem się. Nie wiem także, jakie były jej dalsze losy.

Byłem znowu wolnym człowiekiem, ale nie o to mi oczywiście
chodziło. Pobyt w Berlinie zaraził mnie myślą wyjechania z kraju
i ułożenia sobie życia z osoba zamieszkałą na "zachodzie" .

W tych czasach w prasie codziennej i w specjalnych biurach, było
zatrzęsienie ofert matrymonialnych ludzi, którzy wyemigrowali z kraju.
Oni wiedzieli dobrze, że z Polski chce wyjechać, można tak z pewną
przesadą powiedzieć, co drugi Polak. Tak przynajmniej wynikało
z rozmów towarzyskich, jakie w tym czasie się prowadziło.
Tam na "zachodzie" zresztą nie tylko Polacy o tym wiedzieli.
Oferty, jakie można było czytać każdego dnia we wszystkich gazetach
pełne były także poszukujących towarzyszy życia obywateli Niemiec,
Francji, Anglii czy USA. Wszyscy ci dobrze wiedzieli, że w Polsce jest
taka atmosfera, że nawet bardzo wartościowi ludzie chcą wyjechać.

   
       
1973 rok.
         
       
     
       
   
Byłem zdecydowany na próbę emigracji przy pomocy ogłoszenia matrymonialnego !
Jak wyjechać to najdalej jak można ! To oczywiście do USA! Ogłoszeń było sporo. Po wstępnej selekcji napisałem do
pewnej pani w moim wieku. Nie długo trzeba było czekać na odpowiedz! Po dwóch listach otrzymałem także zdjęcie i
nawet niewielki podarek w postaci kasety magnetofonowej z najnowszymi przebojami muzyki pop, ale niestety o zupełnie
innym standardzie niż nasze, tak, że nie można było nigdzie tego odtworzyć. Z następnych listów dowiedziałem się, że
owa pani nie może do Polski przyjechać, i że to ja powinienem pojechać do USA.
Teraz dopiero zacząłem myśleć realnie! Jechać w ciemno, za bardzo duże pieniądze? Trochę ta koncepcja nie miała
racji bytu! Nie zamykając jednak sobie drogi do USA postanowiłem nawiązać korespondencję z kimś bliżej.
Trafiłem na ogłoszenie z Holandii: " Pani w średnim wieku, zam. w Holandii, rozwiedziona, waga 63, wzr.163, oczy
zielone, włosy ciemno blond, muzykalna, lubi poezję ......., pragnie poznać pana do lat 58, kulturalnego........ "
Napisałem, załączając od razu swoje zdjęcie.
Także i teraz nie musiałem długo oczekiwać na odpowiedz. Pani przedstawiła się, jako Emma, mieszkająca w
Amsterdamie. Przysłała także swoje zdjęcie. Nawiązała się dość obfita korespondencja. Postanowiliśmy się spotkać
i znowu byłem zaproszony, teraz do Amsterdamu.

Tym razem postanowiłem jednak pojechać.

Należało uzyskać paszport. W tych czasach paszport dostawało się tylko na określony wyjazd, a po terminowym
(koniecznie terminowym) powrocie oddawało się go do depozytu w biurze paszportowym.
Złożyłem stosowne dokumenty, a zwłaszcza niesamowicie rozbudowany kwestionariusz paszportowy . Wszystko tam
musiało być opisane! Oczywiście naczelną sprawą było: czy nie ma krewnych za granicą? , a jeżeli ma, to w 90%
można było się spodziewać, że się jest na cenzurowanym.
Na cenzurowanym było się zresztą z bardzo wielu jeszcze innych powodów!

       
   

Po przebrnięciu przez gąszcz podchwytliwych pytań złożyłem wniosek o uzyskanie paszportu na wyjazd do Holandii.
Przed upływem stosownego terminu dostałem odpowiedz:
"Ze względów społecznych paszport nie będzie wydany" !
I pouczenie: Od powyższej decyzji można się odwołać do jednostki nadrzędnej, ale tylko poprzez organ, który
odmówił wydania paszportu !
No tak, ONI muszą wszystko wiedzieć na miejscu, co ja zamierzam ! A ja zamierzałem
się odwołać i to zrobiłem, oczywiście pisząc do tego samego biura paszportowego ! Znowu po dość krótkim czasie
dostałem pismo, z którego wynikało, że mam się stawić w centralnym biurze wydawania paszportów Ministerstwa
Spraw Wewnętrznych w Warszawie. Pojechałem do Warszawy. W Ministerstwie, po wystawieniu przepustki strażnik
zaprowadził mnie do odpowiedniego gabinetu. Powiedział, że mam usiąść i zaczekać aż ktoś przyjdzie.
Usiadłem przy biurku a właściwie stole, bo nie było widać żadnych szuflad. Rozejrzałem się wokoło. W biurze tym
nie było nic oprócz wspomnianego stołu i dwóch krzeseł. Nie było żadnego telefonu, nawet kawałka papieru, żadnej
szafki, a w oknie nawet skrawka firanki. Ściany zupełnie puste.
Po około 10 minutach wszedł ospale jakiś urzędnik, siadł naprzeciwko przy stole i spytał: W jakiej sprawie
przyjechałem ? . Już w tym momencie wiedziałem, że nici z paszportu ! Wyłuszczyłem moje racje: chcę odwiedzić
znajomą w Amsterdamie. Po co? - spytał beznamiętnie! Powtórzyłem, starając się panować nad swoim
głosem: Po prostu chcę ja odwiedzić, zobaczyć jak żyje i nic więcej.
Teraz urzędnik zrobił się jak lodowa skała: Podtrzymuję decyzję olsztyńskiego biura paszportowego -- paszport nie
zostanie wydany! I dziękuję obywatelowi! W tym momencie wstał z krzesła i wskazał mi na drzwi. Gest był tak
wymowny i stanowczy, że bez słowa opuściłem pokój!
Wychodząc z Ministerstwa myślałem o tym, czym jestem dla tych urzędników? Po prostu śmieciem!

___________________

Cały mój plan się zawalił. Co tu dalej robić? Postanowiłem opisać całą sprawę Emmie.
Napisałem, że to nie może nam przeszkodzić w poznaniu się i wobec tego ja ją zapraszam do
Warszawy, gdzie mój ojciec miał kawalerkę.

       
   
Niebawem, ku mojemu zdumieniu dostałem odpowiedz: Bardzo chętnie przyjadę .

Umówiliśmy się, że będę czekał na granicy w Świecku/Frankfurcie.
Wcześniej pojechałem do Warszawy samochodem i tam go zostawiłem, a do granicy pojechałem pociągiem.
Tam oczekiwałem przy punkcie oprawy celnej.

Prawie dokładnie w umówionym czasie nadjechał wielki Ford Granada,
a za kierownicą Pani Emma !
Poznała mnie natychmiast. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi. Nie było żadnego badania siebie nawzajem, ale
równocześnie było to dość ciekawe i nowe przeżycie. Pani Emma okazała się bardzo bezpośrednią a zarazem
wywarzoną osóbką. Przy najbliższym przydrożnym parkingu zrobiliśmy sobie małą zapoznawczą kolacyjkę. Ona
wszystko ze sobą do tego celu miała. Trudno mi było ocenić jej wiek. Wyglądało na to, że jest chyba nieco starsza ode
mnie. Czas szybko mijał. Rozważaliśmy kwestię czy zanocować w hotelu czy jechać nocą do Warszawy.
Zaproponowałem, żeby jechać, ale Emma oświadczyła, że jechała bez przerwy z Amsterdamu i jest bardzo zmęczona.
Wtedy zapadło postanowienie, że ja będę za kierownicą a ona będzie spała na tylnym siedzeniu. Samochód był na tyle
duży, że mogła spokojnie się tam położyć. Tak zrobiliśmy. Emma natychmiast zasnęła a ja za kierownicą miałem głowę
pełną kłębiących się myśli. Pierwsze, co zaprzątało mi głowę to jak ta kobieta, przecież zupełnie obca bez cienia
wahania powierzyła nieznanemu, bo tylko z kilku listów człowiekowi, nie tylko samochód, ale przede wszystkim siebie!
Coraz to zerkałem w lusterko wsteczne czy rzeczywiście śpi. Tak, ona spała snem " sprawiedliwego" !
Starałem się jechać bardzo uważnie i równomiernie, aby jej nie zbudzić. Pamiętam, że po ok. dwóch godzinach jazdy
obudziła się i powiedziała, że z pewnością trzeba samochód zatankować, bo on bardzo dużo pali. Pamiętam jak bardzo
się zdziwiła, gdy okazało się, że po przeliczeniu wychodziło na to, że prawie o połowę mniej zużywał niż zwykle to
bywało. Tak, wynikało to z tego, że jechałem bardzo równomiernie i niezbyt szybko. Widziałem jak to dodatkowo
spowodowało aprobowanie mojej osoby.


Nad ranem dojechaliśmy do Warszawy. Teraz to i mnie zwaliło zupełnie z nóg.

           
       
cd >>>
 
             
Home Dzień dzisiejszy(fotografie)  Książka Gości
Poczta
Strona poprzednia
Strona następna