Mój dzień powszedni - 90-cio letniego człowieka
           
         

Życiorys.

Strona xx

             
                                 
         
       
         
       
         

Mój dzień powszedni.
Piszę to, gdy mój wiek jest bardzo podeszły, minęło mi 90 lat życia.
Od razu wyjaśniam: każdy dzień jest moim dniem powszednim! Świątek, piątek czy niedziela, niczym się nie różnią!
Już dawno doszedłem do wniosku, że człowiek jest zwierzęciem o znacznie rozwiniętym mózgu, ale nic nie różniącym się na przykład od małpy. Po śmierci ciało człowieka się rozkłada. Tak jak każdego innego zwierzęcia. I nic ponadto nie zostaje, nic. I to co doznamy w czasie życia ulatuje. Na zawsze. Gdzieś kiedyś napiszą lub powiedzą: żył taki człowiek. - że miał jakieś życie.
Mogę powiedzieć, że jestem katolikiem? Jestem wychowany w normalnej polskiej, katolickiej rodzinie. Ale pod koniec życia doszedłem do takich wniosków.
Teraz mam 91 lat i prowadzę życie staruszka nieco przygarbionego, bo mój kręgosłup się zbuntował.
Co parę dni wybieram się moim Mercedesem na zakupy do supersamów, bo tam mam do dyspozycji kosz na kółkach, na którym mogę się podeprzeć na tyle, by sprawnie przemieszczać się po dość dużym terenie klepu. Ponieważ nie zawsze w jednym supersamie można kupić to, co się zamierza jadę do innego i tak powstaje czasem przejście pieszo (większości z wózkiem- koszykiem ) aż często 3737 kroków! Mój dotychczasowy rekord (odnotowany w programie jaki mam w telefonie komórkowym) wynosi 4073 kroki! ( jednorazowe zakupy).
Oczywiście, pewnie nie byłoby to możliwe gdyby nie to, że przed wyjściem zażywam m.in. środek przeciwbólowy! Zresztą różnych pastylek co dziennie zażywam ok 25 sztuk !

 
                                                                   
Pomocny w chodzeniu sklepowy koszyk. Takie zakupy są koniecznością co parę dni.
                                                                   

Każdy dzień rozpoczynam ok. 8,30. niezależnie od tego czy położyłem się do spania poprzedniego dnia wcześniej czy później. Siedem naszych maltańczyków, które są w pokoju na parterze ( z wyjściem na taras) swoim szczekaniem nie pozwolą spać dłużej… I nie chodzi im o to, że są głodne czy nie mają co pić ( to wszystko mają) ale, tak sądzę po ich zachowaniu, obym przyszedł i zajął się nimi. Muszę je wypuścić z ich klatek i zająć się nimi – pogłaskać, wziąć na ręce i tym podobne gesty, które wyrażają moje nimi zainteresowanie i mówię do nich. Staram się używać zawsze tych samych zwrotów, bo wtedy one na to reagują. Wystarczy, że powiem: Teraz do budki! Natychmiast wtedy zmierzają do swojego kojca. Jeżeli jakiegoś pieska kojec jest zamkięty to stolą przed nim i czekają na jego otworzenie. Dwa z nich nie znoszą zamkniętych drzwiczek do ich pomieszczeń (mają je stale otwarte), bo one chcą decydować kiedy z nich wyjść i ja to honoruję.

Mamy tam 6 maltańczyków. I jedną x. To jest swoista społeczność o ugruntowanej hierarchii. Najważniejszy z punktu widzenia tej heararchi jest najstarszy z nich "Książę". Tak nazywa go Irena, a ja "Dastin", drugi w kolejności jest "Tobi", a ostatnim "Czaruś" - najmłodszy z nich. Jak to się objawia? Gdyby wypuścić tych 3 panów naraz, to natychmiast Tobi idzie powoli, z gracją do swojego kojca. A wtedy pozostali panowie nie zwracając na siebie żadnej uwagi biegają swobodnie. Po pewnym czasie Dustin sygnalizuje, że chce aby go umieścić w jego kojcu. Jego kojec jest ustawiony wysoko, nad innym i on lubi obserwować z góry, co dzieje się w całym pokoju. Ta chęć powrotu do tego kojka jast tak natrętne, że muszę to zrobić! Wtedy ze zwojego kojca wychodzi Tobi i od razu leci do biegającego Czarusia, aby go postraszyć, tak jakby on był winny temu, że on nie lubi Dastina. Czaruś wie, że Dastin go bardzo nie lubi i od razu, bez sprzeciwu ucieka w najdalszy kąt pokoju. On zresztą „wie”, że np. Dastin doznaje jakiegoś niepowodzenia w zalotach do jakiejś suczki, to winien jest Czaruś i biegnie do niego aby go postraszyć i to nieraz kończy się tym, że muszę ich rozdzielać, biorąc Czarusia szybko na ręce!
Ta grupa naszych piesków jest na tyle zżyta, że jeżeli dzieje się coś nietypowego w jakimś kojcu, to wszystkie szczekają o innym tonie niż normalnie. Wtedy muszę szybko przyjść i interweniować! Są to różne sprawy. Na przykła kiedyś jeden z piesków włożył nogę w oczka siatki i nie mógł się z niej wyzwolić. Innym razem inny drapiąc się za uchem, łata zaplątała się we włosy futerka i nie mógł się z tego wyplątać...

 

W zależności od tego, jakie są warunki pogodowe, moje pupilki są wypuszczane na taras lub biegają w dość dużym pomieszczeniu. Sprawdzam w tym czasie czystość w ich klatkach i w razie potrzeby wymieniam posłania na czyste.
Później wracają same do swoich klatek. Nie mam z tym żadnego kłopotu, bo mam przeważnie ze sobą małe smaczki ( albo specjalne pastylki dla piesków małych) i one wiedzą, że mogą je otrzymać je tylko w swoich klatkach.

Po takich porannych spacerach i załatwieniu się, bez żadnego sprzeciwu układają się do dalszego spania.. ( normalnie zdrowy piesek śpi w ciągu doby prawie 18 godzin!).

Zalega absolutna cisza z czego wnioskuję, że spełniłem ich oczekiwania.

Co parę dni zmywam i sprzątam taras. To przeważnie zajmuje mi ok. 1/2 godz. - to poprawia mi przeważnie samopoczucie,,,

Po takim porannym obsłużeniu tych siedmiu maltańczyków idę do kuchni, gdzie są jeszcze dwie suczki o imionach (fonetycznie): Aszli i Dabi.
Witają mnie bardzo żywiołowo szczekając radośnie, muszą je pogłaskać i często wźiąść na kolana, jeżeli siadam do stołu.

Jest przeważnie wtedy około dziesiątej..

 

 

Ukochana "Dabi"
"Aszli", która mi zawsze patrzy w oczy...
                                                                   
       

Czuję się marnie, jakby zmęczony. Muszę zacząć od przyjęcia sześciu różnych tabletek. (część z nich jest przypisania mi przez lekarkę), a część to witaminy. Jest to dla mnie obrzydliwe, nie dlatego, że mam jakieś trudności z połykaniem…po prostu są to nielubione „chemikalia”!
Żeby zniwelować ujemne działanie tych „chemikaliów” przygotowuję do wypicia szklankę ciepłego mleka z mielonym siemieniem lnianym. Przygotowuję równocześnie taki kubek dla Ireny, która śpi w swojej sypialni ( piętro wyżej) razem z małym maltańczykiem o imieniu „Gabuś” bo wiem, że na to czeka z podobnego względu. Przynoszę jej ten kubek. Kładzie się po tym z powrotem na swoje łóżko z zasypia...

Wracam do kuchni.
Siedzę dalej przy stole w kuchni oglądając wiadomości TV z tvn24 (tylko - jest to kanał informacyjny) i często mając przed sobą laptop , w który najpierw oglądam swoje skrzynki pocztowe (mam kilka) a później wiadomości.
Tak mija mi ok. godziny.
Teraz muszę połknąć następną dawkę pastylek (10 sztuk) w tym także tabletkę przeciwbólową…
Teraz mogę zjeść małe śniadanie i napić się kawy ze śmietanką.
Powoli poprawia mi się samopoczucie.
- I tak naprawdę nie wiem, czy poprawa samopoczucia jest związana z tymi chemikaliami, które zażywam, czy może upływa czas porannej „słabości”, czy wreszcie jest to skutek kawy jaką zawsze rano piję! Trudno to sprawdzić, bo większość tych zażywanych „chemikaliów” jest wyznaczone przez: kardiologa, urologa, endokrynologa, czy lekarza rodzinnego i wreszcie całą gamę różnych witamin wzmacniających, które serwuje mi Irena – (twierdzi, że żyję tak długo dzięki tym witaminom!!!)

     
   

Co dwa lub trzy dni, około 10-tej lub 11-tej przychodzi któraś z dwóch pań na ok. trzy godziny. Przynosi zakupione najpotrzebniejsze akrtykuły do śniadania i obiadu. Robi porządki dokładne w "sypialni" piesków, w pralni ( tam codziennie "pracuje" jedna z dwóch pralek specjalnie tylko dla psich materiałów), oraz często jeszcze odkurzy schody (jest ich 38 - wyłożonych chodnikiem dywanowym) i ma za zadanie m. in. wywiesić wyprane rzeczy piesków lub je po wyschnięciu zdjąć i poukładać - osobno ręczniki, bo pieski są często kąpane i te ręczniki służą do wycierania wstępnie piesków po kąpieli - potem na specjalnym stole obrotowym i podnoszonym (hydraulicznie ) są suszone przy pomocy dużej suszarki elektrycznej. Dwa razy na miesiąc pieski są kąpane i dokładnie wyszczotkowane.

Ok. godz. 13 wypuszcam znowu nasze pieski na spacerek. Jeżeli warunki na zewnątrz na to pozwalają, to spacerują po tarasie a jeżeli pada deszcz lub jest bardzo zimno to biegają po pokoju... Ponownie wracają do swoich przegródek...

Tak mija mi czas do ok. 14 godz., kiedy to do kuchni przychodzi, nie bez trudności Irena podpierając się tak zwaną "kulą"(rodzaj laski z uchwytami na część łokciową), razem ze swoim pupilkiem - Gabusią. (Gabulkę jako bardzo młodego szczeniaka przywiozłem z Hiszpanii, gdzie byłem na zaproszenie córki Ireny -Beaty w 2016 roku.)

Przeważnie, co powie Irena wchodząc do kuchni?

"Jeszcze masło nie jest wyjęte z lodówki?! ... i nie ma zrobionej herbaty!

Atmosfera robi się od razu nieprzyjemna...

 

Wtedy szykujemy śniadanie - takie z "prawdziwego zdarzenia". Właściwie rzecz biorąc, to wszystko ja robię. Do picia robię herbatę z cytryną. Czasem Irena zrobi jakąś "sałatkę" np, z pomidorów, cebuli i jakiś innych "zielenin". Po śniadaniu muszę wszystko sprzątnąć...

Idę do moich piesków (znowu kilka schodów)- muszą trochę pobiegać - jak jest odpowiednia pogoda to na tarasie, albo w tym pomieszczeniu.

Po tym właśnie mogę się wybrać na zakupy. - przeważnie raz lub dwa na tydzień.

===============

Wsiadam do naszego Mercedesa CL500 zawsze z tą samą przyjemnością od kilkunastu lat! Ten samochód jest tak skonstruowany, że wszystko można dostosować do własnych potrzeb...jest mi bardzo w nim wygodnie...

...oczywiście dobre samopoczucie spowodowane jest także tym, że jest on synonimem luksusu, statusu społecznego. Był on kiedyś, jak go wyprodukowano, super drogim i pięknym stylistycznie. Dla mnie jest w dalszym ciągu piękny i bardzo mocny (305 KM, a waży prawie 2 tony, co przekłada się na bardzo stabilną jazdę i ma bardzo duże drzwi, co ułatwia wsiadanie). Oczywiście czasem trzeba coś w nim naprawić (został wyprodukowany ćwierć wieku temu! .. jest on tak samo stary wśród samochodów jak ja wród ludzi...!!!) co sporo kosztuje. Mechanik w warsztacie zapytał mnie kiedyś, dlaczego go nie sprzedaję w związku z takimi drogimi naprawami? Odpowiedziałem (zgodnie z moim przekonaniem), że będę mim jeżdził aż do śmierci...

Co pan mówi! On tego nie wytrzyma - stwiedził.!

Wytrzyma na pewno, bo ja mam 90 lat! -odpowiedziałem...

     
                                                                   
 
 
                                       
      Mercedes CL500              
                                       
                                       
 

Więc jadę do któregoś z supersamów -są w zasięgu kilku kilometrów.

Staram się ustawić samochód najbliżej miejsca składowania wózków koszykowych. - później, już z tym koszykiem na kółkach poruszam się w śród regałów normalnie......normalnie?

Tak przynajmniej mi się zdaje!

Jednak to rzeczywiście musi mi się zdawać, bo pewnego razu, jak mi się rozsypały na podłodze wsadzane do torby ziemniaki i zacząłem je powoli zbierać podeszła do mnie jakaś młoda kobieta i powiedziała: "proszę się nie schylać! Ja je pozbieram! "- co niebawem zrobiła! Podziękowałem... jednocześnie myśląc: widocznie widać, że jestem już wiekowy.

Notuję przy pomocy programiku w telefonie ile kroków danego dnia robię, bo wiadomo mi, że tylko ruch może utrzymać w kondycji moje ciało. Gdy danego dnia wyjeżdżam na zakupy naszym Mercedesem oczywiście muszę "dreptać" o wiele więcej niż w dniu, w którym jestem tylko w domu. Obok zamieściłem "zrzut z ekranu" mojego telefonu dokumentującego moje kroki danego dnia.

2100 kroków właśnie przeszedłem tego dnia, bo robiłem zakupy. Jeżeli "drepczę" tylko w domu (każde pomieszczenie jest na innym piętrze) to przeciętnie przechodzę praktycznie po schodach ok 1000 kroków.

                                                     
                                             
                 

Po lewej: tak zanotuje mój telefon komórkowy wtedy gdy, muszę pójść na zakupy do jednego supersamu.

 

Po prawej: mój przeciętny dzień, w którym nigdzie na zewnątrz nie wychodzę. (poniżej w powiększeniu ten sam rysunek)

Widać w nim, że godziny poranne są dla mnie "ciężkie". Tak jak opisałem w większości siedzę przy stole w kuchni, często z którymś moich pupilów na kolanach i oglądam wiadomości. Od czasu do czasu schodzę o piętro niżej do pokoju, w którym znajdują się pieski.

       
              Oczywiście, w ciągu dnia muszę nosić ze sobą cały czas telefon, aby on notował moje kroki, co jest nieraz uciążliwe. Używam bardzo małego (wymiarowo) telefonu i wtedy gdy pamiętam o tym żeby zapisać wszystkie moje kroki tylko w domu przy normalnym dniu przechodzę 600 do 1000 kroków.              
                                                               
 
  <<<To jest suma kroków jakie wykonuję w normalnym dniu tylko w domu, kiedy nosiłem cały czas telefon przy sobie, co nie jest wygodne...
                       
    <<< Ten fragment wykresu pokazuje, że cały czas w ciągu dnia jestem w "ruchu". Tu cały czas jestem w domu. Może dlatego utrzymuję "jaką taką " kondycję. Z jednej strony jest to uciążliwe, a z drugiej zmusza do utrzymana odpowiedniej kondycji. Dodać muszę, że każde pomieszczenie jest na innym piętrze, czyli te kroki, które muszę wykonać są w większości po schodach! Widać z tego wykresu także to, że gdy lepiej się czuję - więcej chodzę.              
                               
           

Około godz. 16 pieski muszą dostać specjalnie przyrządzany przeze mnie posiłek. Znowu muszę po schodach kilka razy zejść do ich pokoju. Później znowu biegają po pokoju lub tarasie, co zleży od pogody.

Około 18 godz. pijemy małą kawę z ekspresu, często z "czymś" słodkim...

Często później idę do pralni (znowu kilkanaście schodów) - tam są dwie pralki: jedna do pania naszych rzeczy, druga tylko do prania dla piesków. - po wypraniu rozwieszam w garażu. Tam stoi nasz Pasat - jest on "żelazną" rezerwą w przypadku kiedy Mercedes jest w ewentualnej naprawie.

Znowu idę do piesków, bo powinny trochę pobiegać...

 

           
               
Jeżeli gorzej się czuję idę do swojego pokoju i kładę się na tapczanie na pół lub godzinę... wtedy nic mnie nie boli...Muszę tu dodać, że cały czas, gdy chodzę mam większy lub mniejszy ból kręgosłupa, ale po zażyciu pastylki przeciwbólowej znacznie się zmniejsza. Chodzę w pozycji zgarbionej, bo wyprostowanie się powoduje znaczne wzmożenia bólu. Myślę, że konsekwencją tego bolącego kręgosłupa jest, dla mnie dość dziwne, podniesienie brzucha do góry!
               
               

Obiado-kolację jemy ok. godz. 19.30. Jest to rodzaj jednodaniowego obiadu... Wiem, że ze względów zdrowotnych nie jest to dobrze- za późno, ale nie ma możliwości zmienić tego przyzwyczajenia.

Muszę wszystko przygotować: przeważnie obrać ziemniaki i je ugotować a później odpowiednio przyrządzić np. pokroić koperek...Do tego trzeba przeważnie przygotować mięso na kotlety, albo kurczaki. Odpowiednio go przykroić i "utłuć"...Samym smażeniem zajmuje się przeważnie Irena. Do tego wszystkiego potrzebna jest jakaś "surówka" np. na tarce przyrządzona marchewka lub rzepę. albo mizeria. Trzeba oczywiście je obrać i starkować na plasterki. - Wszystko to muszę zrobić...

Około 20,30 znowu idę do piesków. Dostają parę "smaczków". Oczywiście biegają znowu po tym pokoju lub wychodzą na taras.

Przeważnie przebywamy w kuchni do ok. 23.

Irena przeważnie zajęta jest przeglądaniem telefonu, ale równocześnie (bardzo często) musi być nastawiony jej preferowany w telewizorze jakiś kanał rozrywkowy...

Ja w tym czasie chcącniechcąc otwieram laptop ...albo idę do telewizora umieszczonego w pokoju Ireny, co znowu powoduje jej rozdrażnienie.

 

               
 
,,,mój " paskudnie podniesiony brzuch, który "podniósł" się, kiedy zaczęły się bóle kręgosłupa...
 
                       
                           
 
 
                           
   
                           
 
                           
 
cd >>>
   
 
Home Dzień dzisiejszy (fotografie) Książka Gości Poczta Strona poprzednia Strona następna