Życiorys.  Strona 84.
  Sąd, wódka, kolegium do spraw wykroczeń.
Życie to nieustanna walka!
Znowu sąd!
Musiałem jak najszybciej zebrać odpowiednie dokumenty i sporządzić wniosek do sądu. Brak zapłaty za 
wykonaną pracę groził utratą płynności finansowej firmy. Byłem pewny swego. Nawet nie musiałem się obawiać, 
że ktoś zakwestionuje wysokość zastosowanej marży, bo była bardzo niska, czy braku jakiejś faktury na 
wbudowane w czasie inwestycji materiały. 
 Niebawem, ku mojemu zaskoczeniu sąd w Olsztynie wyznaczył bardzo bliski termin rozprawy. Było mi to bardzo 
na rękę. Wygram, dostanę pieniądze i zapomnę o całej sprawie, myślałem.
Sąd w Olsztynie znajduje się w dużym starym gmachu w samym centrum. Mimo, że odnowiony wewnątrz, robi 
przytłaczające wrażenie. Odnowiony nie z powodu, że nadszarpnięty był zębem czasu, ale dlatego, że ktoś, 
zapewne doprowadzony do granic wytrzymałości nerwowej po prostu podpalił miejsce składowania wszystkich 
dokumentów sądowych. Było to kilka lat wstecz.
 Siedząc na twardej, bardzo solidnej, dębowej ławie przed salą gdzie miała za chwilę rozpocząć się moja sprawa, 
myślałem właśnie o tym zdarzeniu i wyobrażałem sobie, że musiało to być dla kogoś tak wielkie przeżycie, że nie 
wahał się nawet na taki odwet. 
Właśnie dochodziła wyznaczona przez sąd godzina rozpoczęcia i z pokoju obok, na drzwiach, którego było 
napisane, że jest tylko dla sędziego, wyszedł rozbawiony i rozgadany najpierw znany mi z gabinetu mojego 
dłużnika adwokat a za nim także w dobrym humorze sędzia w todze.
 Poczułem się jak człowiek, który przypadkowo przebywa w niewłaściwym miejscu.
 Oni we dwóch byli u siebie. To był ich teren, oni tu rządzili!
 Dopiero parę lat później ktoś pouczył mnie, że już taka scena, jaką zaobserwowałem czekając na rozpoczęcie 
procesu powinna być zgłoszona jako przyczyna zmiany sędziego w tym procesie.
 No tak, ale ja nie znałem się wtedy na tych sprawach, przyszedłem pełen wiary, jak dawniej, że jednak sąd potrafi
 rozstrzygnąć prosty 
dylemat:
 czy należy się wynagrodzenie za wykonaną pracę i zakupione materiały zgodnie ze sporządzonym na piśmie 
zamówieniem, tym bardziej, że to wszystko działa i przynosi korzyść inwestorowi, czy nie?
 No i co? Czy to w ogóle jest  dylemat dla sądu?
 Wyobraź sobie, że nie należała się nawet jedna przysłowiowa złotówka!
 Byłem bliski zawału. Nie pamiętam, jakich argumentów użył znajomy sędziego adwokat, miałem po prostu zamęt w
 głowie patrząc jak obaj drwili ze mnie!
Teraz dopiero sprowadzono mnie na ziemię!
 Jaki to sąd?
 No tak, a kim ja jestem w porównaniu z 
bardzo znanym człowiekiem
No właśnie! SĄD to rozstrzygnął!
 
Nikim! 
Tamtego znali wszyscy! Nawet małe dziecko w Olsztynie i nie tylko, wiedziało, że ON jest WIELKI i przez to ma na 
pewno rację! 
Zresztą tamten 
się  udzielał , był wszędzie, a ja?

Po chwilowym załamaniu przyszła refleksja: tylko spokojnie! Jednak nie dostałem zawału!
 Teraz czas na wzięcie rzutkiego adwokata i spróbowania ponownie! 
HOME              Dzień dzisiejszy(fotografie)             Książka gości              Poczta              Strona poprzednia                    Strona następna
Polecono mi Panią mecenas, która specjalizowała się w sprawach gospodarczych. Zażądała ona od sądu pisemnego 
uzasadnienia wyroku i po jego otrzymaniu zaraz znalazła sporo punktów, które kwalifikowały sprawę do zaskarżenia. 
Błędy były tak jaskrawe, że byłem spokojny o wynik następnego procesu. Termin rozprawy tym razem był jednak 
odległy a brak gotówki za wykonaną pracę coraz bardziej rozkładał moją firmę.
 Na domiar złego opisywany poprzednio Polmozbyt, gdzie kupowaliśmy dywany w dość dużych ilościach, upomniał się 
o nie zapłacone faktury. Część z nich figurowała u nas jako uregulowane, ale pieniądze powędrowały do przepastnej 
torebki głównej księgowej (będącej już w zaświatach). Koniec końców, cierpliwość dyrekcji Polmozbytu się w pewnym 
momencie wyczerpała i w trybie nakazowym, czyli w błyskawicznym tempie, sąd, na ich wniosek, zasadził nam do 
natychmiastowego uregulowania zaległości wraz z dużymi odsetkami. 

Tu jakoś przedstawiciele sprawiedliwości nie mieli najmniejszej wątpliwości, co do tego, że po otrzymaniu towaru należy
 za niego zapłacić!
Giełda -  szalony pomysł.

Sprawy firmy coraz bardziej się komplikowały. Gorączkowo szukałem jakiegoś rozwiązania. Groziła rychła upadłość 
firmy. Wtedy właśnie, nasz swat, Romek (opowiadałem o Nim przy okazji poznania Eli) podsunął mi plam 
podratowania finansów.
 Romek, człowiek obrotny, mający wszędzie znajomości, działający także w klubie sportowym, który (klub) posiadał 
stadion piłkarski w samym centrum Olsztyna, oraz bardzo rozległe tereny wokół niego.
 Ten klub był jakby wizytówką sportową naszego miasta.
 Działacze (ci mianowani i delegowani) klubu (wtedy) to jakby właścicielmi nie tylko
 inwentarza żywego i martwego
ale i całego stadionu z przyległościami. Takie powszechne  przeświadczenie było wtedy  i w naszej podświadomości. 
Romka chyba też. 
Przez dziesięciolecia PRL-u,  rządzący, w nakładach na sport i w jego sukcesach upatrywali szansę pokazania 
światu kapitalistycznemu, że w komunizmie jest dobrze. Nie mieli szans na sukcesy gospodarcze a w sporcie w 
jakimś sensie dorównywali zachodowi. Tak, więc klub to stadion i inne tereny do niego należące. 
Romek, jako działacz tego klubu zaoferował mi taki oto plan: zorganizujemy we dwójkę, sobotnio-niedzielną ( co 
tydzień) giełdę towarowo-samochodową na terenach przyległych do stadionu. Miałem otworzyć także mały sklep w 
budynku stadionu. Czynsz miał być symboliczny. Kupujących napędzałaby giełda. Przez pierwsze pół roku cały zysk z
 giełdy mieliśmy dawać na zakup tomografu komputerowego, o co zabiegał na wszystkie strony szpital wojewódzki, a 
na co nie miał dostatecznych państwowych funduszy (jak zwykle).
 Mieliśmy także organizować na ten cel różne zbiórki i loterie w czasie trwania giełd.
 Organizując tę giełdę chcieliśmy także doprowadzić do likwidacji podobnej imprezy organizowanej, co niedziela na 
terenie osiedla, gdzie miałem wybudowany dom. Powstawały wtedy, co rusz, społeczne komitety mieszkańców, 
których jedynym celem było zlikwidowanie co niedzielnego rozgardiaszu, jaki towarzyszył tej imprezie. Od wczesnych 
godzin porannych wszystkie uliczki przyległe do terenu, gdzie handlowano używanymi samochodami zapchane były 
samochodami do tego stopnia, że wyjechanie z własnych garaży było niemożliwe. Zamiast niedzielnego relaksu we 
własnym domu byli oni jakby przeniesieni do handlowego centrum.
Plan Romka na początku zdawał egzamin praktyczny. Co poniedziałek zanosiliśmy spore kwoty utargów do dyrekcji 
szpitala wojewódzkiego ku zadowoleniu jego dyrektora.

Ale żeby powiedzieć wszystko o tym pomyśle muszę dodać, że po kilku tygodniach takiej działalności, kiedy to giełda 
jakby się trochę rozwijała, ale bez wielkich fajerwerków, zarząd klubu sportowego podsunął nam, Romkowi i mnie, a 
także wszystkim, którzy otwierali swoje stragany z towarami w soboty i w niedzielę taki oto pomysł: każdy z chętnych 
wpłaci kwotę x (już nie pamiętam ile to dokładnie było, ale wcale nie mało!) tytułem przedpłaty, a klub na swym (!) 
terenie wybuduje pawilony handlowe z prawdziwego zdarzenia i to dopiero będzie biznes! Było kilka zebrań, 
przedstawiono plany, wielu chętnych dokonało niemałych przedpłat. Ja też. Wszyscy, w drodze ostrych sporów i 
wręcz awantur podzielili na papierowych planach miejsca usytuowania swoich pawilonów. Jednym 
nie pasowało sąsiedztwo konfekcji damskiej przy sprzęcie agd, a innym było za daleko od głównego wejścia itp. 
Jednak w końcu wszystko uzgodniono i czekaliśmy na rozpoczęcie budowy.

A teraz zakończenie  w telegraficznym skrócie:
Giełda nie mogła się jakoś rozkręcić i powoli dogorywała; 
 Nasza działalność zamiast doprowadzić do upadku giełdy na naszym osiedlu spowodowała, że jej organizatorzy wzięli 
się bardzo do roboty i tak ją rozbudowali, że była atrakcyjniejsza od naszej;
Sklep, który otworzyłem na terenie budynku stadionu razem z wieloma innymi przynosił znikome dochody (Robert, syn 
Eli był tam ekspedientem);
Po około półrocznej działalności zamknęliśmy giełdę i wtedy do skóry dobrał się nam Urząd Skarbowy!
 Zażądano zapłacenia niebagatelnego podatku, mimo, że cały obrót oddaliśmy szpitalowi na zakup tomografu 
komputerowego i nikt z obsługi giełdy nie dostawał wynagrodzenia. Nie pomagało wstawiennictwo dyrektora szpitala.
 Romek musiał, sobie tylko znanym sposobem, wytłumaczyć, komu należy, że podateku nie ma od czego naliczyć!
 Po kilku, bardzo nerwowych wizytach w tym wspaniałym urzędzie wreszcie się udało.

Pawilonów klub nigdy nawet nie zaczął budować, bo jak się później okazało, wszystkie pieniące zebrane od naiwnych 
(w tym od Romka i ode mnie) poszły na wynagrodzenie działaczy (tych najważniejszych), a sam klub ogłosił plajtę. 

Wtedy się okazało, że nie on żadnego majątku do spieniężenia, aby oddać wierzycielom, a stadion i cała reszta należy 
do miasta, które nie formalnie  oddało w dzierżawę klubowi i było na tym też wielce stratne!

Nie wiem doprawdy jak to było wszystko na początku zakamuflowane, że nikt z kilkudziesięciu chętnych na robienie 
interesów na terenach 
 niczyich  tego nie zauważył!
I na koniec tej historii słów kilka o Romku.

 
Romku! Wybacz mi, że opowiem w skrócie to, co się wtedy wydarzyło, bo byłem 
uczestnikiem, chciał czy nie chciał, tej historii!

Romek, człowiek o niesamowitej energii, działający w wielu miejscach na raz, będący 
równocześnie w dwóch związkach damsko- męskich (jeden z nich formalny, drugi nie),na 
swoje nieszczęście, nie po raz pierwszy zakochał się bez pamięci w pewnej bardzo młodej, 
wolnego stanu, urzędniczce pracującej dla giełdy.
 Owinęła ona sobie Romka dookoła palca. Widać było, że robił wszystko pod jej dyktando. Ani
 się nie obejrzałem jak powiła mu potomka, jak założyła z nim wspólną firmę, jak się o tą firmę 
z nim pożarła, jak ją całą zagarnęła.
 
Były jeszcze jakieś procesy sądowe i Romek, po zatoczeniu jakby obłędnego koła wrócił do 
stanu z przed tych burzliwych wydarzeń. 
Otworzył nowy interes i ktoś mu go podpalił tak skutecznie, że nic prawie nie ocalało!
Amen!
Działanie pod wpływem impulsu.
Jak widać spraw na głowie miałem w owym czasie bez liku. Mimo wielokierunkowych wysiłków wszystkie znaki na 
ziemi i niebie wskazywały, że nie uda mi się uratować firmy.
 Zajęta wieloma sprawami głowa nie pracuje tak jak trzeba. Ale kto by się mógł spodziewać, że w jednej chwili, w 
biały dzień, bez żadnych szaleństw tak się porobi!

 Był środek dnia. Ładna pogoda. Jechałem swoim wypieszczonym Bluebird-em  z Elą, jedną z głównych ulic Olsztyna
 całkiem wolno. Po lewej  mijaliśmy domy a w nich sklepy, po prawej ogródki działkowe jakby w dolince.
 Już z daleka widziałem, że przy znanym w tej okolicy sklepie  monopolowym  (ze spirytualiami) stał na zewnątrz, na 
chodniku, wielki ogonek kupujących wódkę.
------
 Widok to był w tym czasie powszechny, a była to pozostałość po stanie wojennym, kiedy to talon na alkohol a 
jeszcze lepiej sama wódka była nie tylko najlepszym towarem, ale i atrybutem zaradności. Każdy miał przydziałowo 
ileś tam litrów alkoholu i większość, jak się niebawem okazało, ten alkohol piła na umór. Jedni z nudy i frustracji, inni,
 bo nie był drogi i był  przydziałowy , a jeszcze inni, którzy do tej pory nigdy go nie kupowali, teraz, ponieważ głupotą 
by było, aby zrezygnować z takiego talonu, próbowali go po raz pierwszy...-------Zbliżałem się nieubłaganie, 
nieświadomy, co mas za chwile spotka, do zrównania się z kłębiącym tłumkiem.
 Wtedy  właśnie zobaczyłem jak z tej oazy szczęśliwości wytacza się jakiś facet chwiejnym krokiem wprost pod mój 
samochód wymachując jak maczugą trzymaną za szyjkę butelkę wódki.
 Gwałtownie zahamowałem, aby go przepuścić, bo było widać, że nie patrząc na nic zmierza do ogródków 
działkowych znanych zresztą z tego, że była to ostoja wprowadzania się w stan nieważkości wielu darmozjadów i 
pijaków.
 Nasze drogi w tym momencie jakby się już mijały.
 Mógł, jak święta krowa, przejść na drugą stronę jezdni przed maską samochodu  i nie byłoby żadnej sprawy, ale on 
zatrzymał się, spojrzał z pode łba jak raniony na korridzie buchaj i zataczając się podszedł do stojącego naszego 
samochodu z mojej strony, gdzie miałem otwarta szybę i zamierzywszy się na mnie trzymana w łapskach butelką 
jakby do uderzenia mnie w twarz wybełkotał:
 Ty! Z kur....synie coś ci się nie podoba??? Spierd......j mi z drogi!
 I splunął mi w twarz obrzydliwą pianą jak ten raniony byk.....
.Wtedy, obawiając się, że nastąpi uderzenie butelką... ruszyłem gwałtownie do przodu!
 Nie patrzyłem w tym momencie na jezdnię przed sobą, była przecież wolna jeszcze przed sekundą..
.Nikt nie jechał przede mną....
ale...!

W tym samym czasie, z przeciwnego kierunku jechał rozklekotany, obszarpany, zabłocony, jednym słowem jak 
najbardziej typowy Żuk -okaz osiągnięć socjalistycznego przemysłu motoryzacyjnego dla małych firm- z także typową
 załogą jakiś monterów.
 Oni także, jak się okazało niebawem, byli bardzo spragnieni po ciężkiej pracy jakiegoś wypitku!
 Zobaczyli  
za czym ten ogonek stoi  i ponieważ nie mogli stanąć po swojej stronie jezdni, aby skoczyć po pół litry, 
skręcili na lewą część jezdni, bo obok działek była w tym miejscu dla takich spragnionych jak oni, mała zatoczka.
!!!
Co się stało ułamek sekundy później? To już chyba zupełnie jasne!
 Zderzyliśmy się z tym cholernym Żukiem tak mocno, że Ela, która siedziała obok i była nieco pochylona do przodu w 
czasie utarczki z tym pijakiem, ale była przypięta pasem, uderzyła tak mocno głową przednią szybę, że ją rozbiła! 
Ogromny guz bolał ją okropnie! Przód mojego samochodu zdemolowany był koszmarnie. 
Stary Żuk wglądał tak jak powinien! Był po prostu jak kopnięty!
 Pijak, przez którego wszystko to się wydarzyło zniknął natychmiast w gęstwinie działek.
 Wezwana milicja natychmiast przypisała mi całkowitą winę za tą kolizję!
 Moje tłumaczenie, że ruszyłem gwałtownie, bo spodziewałem się uderzenia butelką, skwitowane zostało tak:

Co tu obywatel jakieś dziwne historie opowiada! Gdzie jest ten niby pijany z butelką?
 A po co obywatel stał na środku jezdni? Przepisy nakazują zjechanie do krawężnika!

 Na nic zdało się przyprowadzenie świadka z tej kolejki po wódkę, który opowiedział tak samo jak ja całe zdarzenie. 
Kazano mi zapłacić mandat karny za spowodowanie zderzenia z Żukiem.
 Odmówiłem.
 Wobec tego sprawę kieruję do Kolegium do spraw wykroczeń a tam obywatel zapłaci znacznie więcej! - Oświadczył 
przedstawiciel władzy.
--------
Nie długo czekałem na zawiadomienie o rozprawie. Do tej pory nigdy nawet nie widziałem jak to się dbywa a co 
dopiero w niej uczestniczyć jako oskarżony!
 Ale któregoś dnia musi się zdarzyć coś pierwszy raz! 

Wezwano mnie na końcu jak już swoje wygłosił milicjant, kierowca Żuka i świadek. Opisałem, co i jak było.
 Pół godziny później szanowne kolegium orzekło: nie zostanę ukarany! I tyle. 
Czy znasz prawo serii? 
 Czy w takim razie domyślasz się, co mogę napisać dalej? 
Tak! 
Dziś to dla mnie jest aż śmieszne, ale bez przesady mogę 
powiedzieć: ta historia w nieco innym wydaniu jeszcze raz mnie 
dopadła. Bo, tak jak w niektórych krajach na świecie : pijany 
jest synonimem do słowa Polak, tak w tych latach to naprawdę 
tak było!
A było to kilka miesięcy później.....
Wyremontowanym niemałym trudem Bluebirdem jechałem szeroką śródmiejską ulicą mając głowę zajętą bieżącymi 
problemami, ale jednak zauważyłem jak z prawej strony, z bramy, w której był podniesiony biało czerwony szlaban 
wyjeżdża z impetem wielka ciężarówka. Aby wjechać na jezdnię, po której się poruszałem miała do przejechania jeszcze
 mały placyk, więc nie było to dziwne, że jechała dość szybko. Jednak w ułamku sekundy zorientowałem się, że oba 
samochody mogą się spotkać! Błyskawicznie, odruchowo zdjąłem nogę z pedału gazu i już miałem zacząć hamowanie, 
gdy ciężarówka przyhamowała jakby chciała mnie przepuścić. Przez następny ułamek sekundy pomyślałem: przystanie!
 A moment później wstrząsnęło moim samochodem! Olbrzymia bryła metalu walnęła w prawy przedni błotnik.
 Szarpnęło moimi pasami i wszystko znieruchomiało!
 Zanim zdołałem się wygramolić z samochodu, widzę, jak z wysokiej kabiny wyskakuje kierowca o czerwonej 
pucułowatej gębie i zataczając się biegnie gdzieś w kierunku bramy, z której przed chwilą wyjechał.
 Widać było, że jest pijany! Zrobiło się zbiegowisko.
 Ktoś zadzwonił po milicję, i już po paru minutach zjawił się radiowóz. Rozpoczęły się poszukiwania kierowcy.
 Okazało się, że samochód wyjechał z dużej bazy transportowej, która miała przy bramie portiernię i siedzący tam facet 
miał obowiązek kontrolować wyjeżdżające samochody. 
Oczywiście pierwsza wersja była taka, że on nic nie widział, żeby ktoś wyjeżdżał z bazy. 
Dlaczego szlaban był poniesiony?
 Tak? Był podniesiony? Nic o tym nie wiem! - Powiedział milicjantowi! 
Ale od nitki do kłębka!
 Chwilę później było już wiadomo, kto wyjeżdżał, i po co!
 Jeden z jego kolegów miał imieniny i na terenie bazy odbywała się libacja!
 Brakło wódki! Ot, nic nadzwyczajnego.
 Codzienność! 
Pijacka baza.
CD >>>