Obrazek
Życiorys.  Strona 82.
Zupełnie niepostrzeżenie dla mnie Polska wkraczała w czas wielkich przemian.
 Coraz ważniejszy stawał się, pod przewodnictwem Lecha Wałęsy, Związek Zawodowy  
Solidarność , który po oficjalnym przyjęciu (listopad 1986) do międzynarodowych organizacji, 
poczynał sobie coraz bardziej stanowczo chcąc wymusić na komunistycznych władzach 
szereg ustępstw natury gospodarczej i politycznej.
 Byłem jakby poza nawiasem tych wszystkich wydarzeń, ale jak większość, bardzo pilnie 
śledziłem wszystkie związane z tym informacje. Odczuwało się jakby podświadomie, że tym 
razem nadchodzą czasy wielkich zmian. Lata stanu wojennego dowodziły jasno, że raz 
rozkręconego koła historycznych przemian nie da się zatrzymać -  można było je tylko 
przyhamować, ale ukryta w nim energia jakby się jeszcze bardziej skumulowała i teraz się 
wyzwalała.
 Rychło się o tym przekonałem, jak tylko wychyliłem nosa z dość wtedy zaściankowego 
Olsztyna. 
Nadeszła zima i praca w tartaku, większości na otwartym terenie, dawała się mi we znaki. Postanowiłem jak 
najszybciej zmienić pracę.
 Przeglądałem dziesiątki ogłoszeń, aż pewnego dnia trafiłem na ogłoszenie, które mnie zainteresowało: jakaś 
gdyńska spółka poszukiwała kandydata na kierownika ich biura, które miało być otwarte w Olsztynie.
 Po umówieniu się pojechałem do Gdyni. Firmą zarządzało dwóch sympatycznie wyglądających, młodszych ode 
mnie, inżynierów. Zrobili na mnie wrażenie ludzi rzutkich i odważnych, a firma bogata. Nie byli to żadni, dobrze 
ustawieni nomenklaturowcy. Moja osoba została przez nich także zaakceptowana.
 Miałem utworzyć w Olsztynie oddział firmy, ale dość samodzielny w założeniu. Zakres działalności miał podyktować 
olsztyński rynek, czyli można było dostosować się od potrzeby miejsca i chwili. Mogłem znowu być w miarę niezależny
 no i oczywiście mieć większe zarobki.
 Choć właściwie po stanie wojennym nie wprowadzono praktycznie żadnych zmian w gospodarce, to jednak życie 
samo jak gdyby wyzwalało się z oków sztucznych ograniczeń. Zobaczyłem to wyraźnie w Gdyni w czasie ponownej 
wizyty w firmie, która była, niedawno powstałą, normalną spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, czyli działającą 
swobodnie na rynku według od wieków wypróbowanych reguł. Sam ten fakt napawał optymizmem.
 Dość tajemniczo mówiono o pochodzeniu znacznego kapitału spółki, ale po cichu ktoś mi podszepnął, że znacznymi 
udziałowcami są związki zawodowe stoczniowców, co jak gdyby, w moim przekonaniu, podnosiło prestiż firmy. 
To przecież stoczniowcy chcieli zmienić oblicze Polski. Poczułem jakby nowy przypływ energii do działania.

I w ten sposób z nastaniem wiosny 
1988 roku, po polubownym rozstaniu się z dotychczasowym pracodawcą w 
tartaku, wszedłem w nowy etap mojego życia zawodowego, zupełnej odnowy, jakby w przeczuciu nadchodzących 
zmian gospodarczych a zwłaszcza ustrojowych.
Trzeba było zorganizować wszystko od podstaw: lokal, biuro, księgowość itp.
 Najwięcej rozterek miałem przy zatrudnieniu głównej księgowej. Kandydatek było dość dużo i to właśnie, dość 
paradoksalnie, sprawiło mi sporo kłopotu.
 Po wielu przymiarkach i właściwie z powodu dość nieoczekiwanej interwencji, wybrałem pewną panią imieniem 
Irena, choć nie byłem do końca przekonany o słuszności tego wyboru. Ta interwencja, praktycznie rzecz biorąc, nie 
powinna mnie do niczego zobligować, ale jednak, bez trzeźwego spojrzenia na jej argumentację, uległem.
To, jak się później okazało, miało skutkować nieoczekiwanie dla mnie.

Protektorem był mąż owej pani. Przyszedł osobno i powiedział coś takiego:
 
Moja żona jest bardzo dobrą księgową, ale jest bez pracy i z tego powodu jest krańcowo psychicznie załamana i jej
 zatrudnienie wybawi z kłopotu nie tylko ją, ale i całą rodzinę. Jest niesłychanie pracowitą i uczciwą. 


Czy było w tym, co on mówił, coś podejrzanego?
 Czy mógł coś przesadzić?
 Czy mógł skłamać?
 Może to, że była dobrą księgową? 
A może to, że była pracowita?
 A może...

 Nie byłem podejrzliwy! 
Wada to, czy zaleta?
 Dalsze moje życiowe perypetie dały na ten dylemat jednoznaczną odpowiedz!
 Sam się o tym przekonasz!
Ale muszę wrócić do tytułu tej strony. Otóż naprawdę, mino, że miałem wtedy już 53 lata, czasy dla mnie jak i dla 
Polski były takie jakby wszystko się rodziło od nowa. Zawsze dotychczas mówiłem, że żyłem w kraju, który był 
budowany jakby od nowa, razem z moim dojrzewaniem. Takie twierdzenie jest zapewne jakby pewnym nadużyciem,
 bo przecież, każde dziecko wie, że mamy, lekko licząc 1000 lat historii naszej państwowości. Ale kraj nasz, po 
wojnie odbudowywany był z totalnego zniszczenia nie tylko w sensie fizycznym, ale także i społecznym. Obce 
mocarstwo, a dokładnie rzecz biorąc, obce mocarstwa, przez swoją zmowę  wytypowały  NAS na szatański 
eksperyment. Ten eksperyment miał polegać na tym, że próbowano z nas zrobić niewolników z równoczesnym 
przerobieniem naszego od dawna ukształtowanego ładu społecznego na jakiś wariacki, niszczycielski, zwłaszcza W
 DZIEDZINIE DUCHOWEJ. To wszystko się nie powiodło i właśnie teraz powiało jakby normalnością. Ta normalność
 w innych miejscach świata była właśnie normalnością, ale u nas była pewnego rodzaju rzuceniem się głową w dół, 
w spienione fale.
Fale były płytkie, i pełne wirów, nawet nie zdawałem sobie sprawy jak były najeżone niebezpiecznymi rafami! Dziś 
jak to sobie wszystko przypominam, aż mi się wierzyć nie chce, jak to mnie próbowało wciągnąć!
Jeżeli niektórym się wydawało, że oto nastały czasy dorobienia się wielkich majątków bardzo prostym i szybkim 
sposobem to przeważnie to się źle kończyło, bo z pazerności robili kardynalne błędy. Wiedzieli natomiast jak to się 
robi ci, którzy byli dotychczas wysoko ustawieni z tak zwanej nomenklatury ,i ci, co mieli zgromadzoną dużą 
gotówkę To był przede wszystkim ich czas. Oni dorobili się w ciągu kilku zaledwie miesięcy wielkich fortun, a 
właściwie zagarnęli wielką część majątku narodowego, wypracowanego przez niewolników, to znaczy  szarych 
obywateli .  Różne były sposoby  wchodzenia w posiadanie  a to całych "upadających " sztucznie fabryk, a to 
gospodarstw rolnych wielkoobszarowych (PGR) czy wreszcie ziemi najpierw leżącej odłogiem lub bez 
przeznaczenia a później przekształcania jej przy pomocy nomenklaturowych komisji na cele dogodne dla jej 
nowych posiadaczy. Z dnia na dzień odbywała się jakby cicha reforma własnościowa. Wczoraj coś się załatwiało w 
państwowej czy spółdzielczej firmie z dyrektorem z mianowania, a jutro ten sam był już właścicielem tego majątku.
Po paru latach takich cichych przemian, gdy któremuś z takich cwaniaków jednak noga się powinęła, w jego 
życiorysie można było odczytać, że był jakimś wysokim urzędnikiem w dawnym systemie albo z goła cinkciarzem. 
Przypomnieć trzeba, że handel obcymi walutami w PRL był surowo zabroniony! A jednak wszędzie tych cinkciarzy 
było pełno i tak naprawdę to dziwnym trafem nikt ich nie tępił.
To były lata 88,89,90.
Firma, którą zarządzałem, z razu działa sprawnie. Wyszukiwałem różne zlecenia i wygrywałem przetargi. Do tych 
zleceń i umów montowałem odpowiednie załogi, zlecałem potrzebną dokumentację... Była to ciężka harówka, ale 
przynosiła dobra rezultaty. W ten sposób na przykład zmontowałem brygadę, która wespół z wieloma innymi 
kończyła opóźniony remont szkoły, bo lekcje miały się lada dzień zacząć, stawialiśmy wielkie rusztowania w 
gigantycznej hali, aby pod sufitem przeprowadzić remont wyciągów, bo jakaś komisja miała ją zamknąć za 
niezgodność z normami, albo organizowałem w ekspresowym tempie produkcję kilku dziesięciu olbrzymich cyklonów 
do odwirowania pyłów i popiołów z osiedlowej kotłowni gdyż groziło jej zamkniecie a sezon grzewczy się zaczął!
Pewnego dnia trafił do mojego biura wspomniany już poprzednio  bardzo znany człowiek . Bardzo był uprzejmy i 
komunikatywny i co najważniejsze miał dla mojej firmy zlecenie na wykonanie pewnej modernizacji i to dość 
skomplikowanej. Po wykonaniu szczegółowej kalkulacji i dokładnym dopracowaniu zakresu robót obaj z podpisaliśmy
 umowę na jej wykonanie. Byłem zadowolony z tego, że właśnie do mnie ten człowiek z tym problemem przyszedł, bo 
była to jakby nobilitacja mojej firmy. Zlecenie potraktowałem bardzo poważnie i żeby wszystko wyszło jak najlepiej 
szczegółową dokumentację tej modernizacji zleciłem specjalistycznej firmie. Do mniej odpowiedzialnych prac 
angażowałem rzemieślników. Roboty niebawem ruszyły przy nieustającym, chwilami bardzo męczącym, nadzorem 
mojego zleceniodawcy.
Tymczasem, mojej głównej księgowej, Pani Irenie, wydawało się, że jest na fali. Codziennie rano po przyjściu do 
pracy opowiadała o swoim nowym pomyśle, jak zwiększyć dochodowość firmy. Wszystkie te wywody oparte były 
oczywiście o podstawowe założenie: weźmiemy z banku duży kredyt i zainwestujemy w... I tu padały coraz to bardziej 
abstrakcyjne propozycje. Wysłuchiwałem tych wywodów o z coraz większą irytacją. Pani Irena kwitowała to 
stwierdzeniem: Pan nie nadaje się do robienia wielkich interesów, tu potrzeba kogoś z wyobraźnią a nie bojącego 
się zaryzykować! 
Tak faktycznie, bałem się z nią ryzykować!

Byłem w ciągłym biegu, bo równocześnie było kilka różnych kontraktów do wykonania . Pani Irena rządziła wtedy  
jakby drugi dyrektor.
 W sukurs przyszli mi dwaj panowie z Gdyni, którzy przysłali mi Pana Zbyszka. Miał mi pomagać jako mój zastępca. 
Ten z miejsca zakochał się w sekretarce. Sekretarka, młoda, ładna dziewczyna, miała podobno swojego chłopaka w 
wojsku i jak mi się zdawało na początku przyjmowała umizgi mojego zastępcy. Jednak po pewnym czasie stały się 
one (według niej) tak natarczywe, że poskarżyła się na jego molestowanie. Przychodził ponoć pod drzwi jej 
mieszkania i gdy go nie chciała wpuścić próbował je wywarzać. Uznałem, że coś z tym trzeba zrobić.
 Zacząłem od rozmowy ze Zbyszkiem. Ten przyznał się, że bez tej dziewczyny nie może żyć! Jest tak owładnięty 
chęcią jej posiadania, że może nawet zrobić jakieś głupstwo. 
Co było robić? Zwolniłem z pracy sekretarkę i przyjąłem nową, starszą i brzydszą. 
Wiem, że mój zastępca nie dawał za wygraną, ale to już przynajmniej było poza firmą. 
Ale Pan Zbyszek nie tylko miał skłonności do zakochiwania się w nieodpowiedniej osobie.
 Pewnego dnia, pod jego nieobecność, zapukał do mojego biura pewien bogaty rolnik i chciał koniecznie się widzieć 
z Dyrektorem Zbyszkiem. Byłem dociekliwy i powiedziałem: to jest mój zastępca i nie mamy przed sobą żadnych 
tajemnic, w czym jest problem? Wtedy ten interesant po pewnym wahaniu powiedział, że ma do przekazania 
gotówkę, jako przedpłatę na zamówiony... kombajn!
 Na co? (myślałem, że się przesłyszałem!) Na kombajn? No właśnie, na kombajn.
 Nie mogłem tego jeszcze pojąć! Na kombajn do zboża? No tak, orzekł tamten, pana zastępca podobno już wszystko 
ma załatwione, tylko potrzeba trochę gotówki, aby tę transakcję dokończyć!
 Moje ręce stały się wilgotne! Już wszystko zrozumiałem! 
 Powiedziałem zimno do przybysza: tej transakcji nie będzie! Przepraszam za mojego zastępcę! To jest po prostu 
pomyłka. Nasza firma nie sprzedaje kombajnów! 
 Rolnik usiłował jeszcze sprawę  odkręcić : ja wiem, że to bardzo trudna transakcja, ja mogę... Przerwałem dalszą 
wypowiedz: Przepraszam, ale nic więcej na temat kombajnu nie będziemy rozmawiali!
Pan Zbyszek po chwilowym przytarciu nosa odżył z nowym pomysłem. Nagle chciał na bliżej nieokreślony cel wziąć z
 firmowej kasy dość sporą gotówkę. Miał ją w zgoła nieokreślony sposób po pewnym czasie oddawać w ratach. 
Zanim się zorientowałem już część ze wspomnianej sumy była w jego rękach. Żeby było weselej nie zjawił się w 
pracy przez następne kilka dni. Zacząłem go poszukiwać.
 Trafiłem do jego krewnych, którzy z rozbrajającą szczerością oznajmili, że nic mi nie pomogą, bo Zbyszek już dawno
 wyrobił sobie  "żółte papiery"  i nikt mu nic nie zrobi! 

 Zadzwoniłem do Gdyni z prośbą, aby natychmiast zabrali sobie Pana Zbyszka. 

Finał tej sprawy był taki, że zostałem oswobodzony od tego kłopotu.
Zarządzanie firmą wróciło do stanu pierwotnego, ale tu znienacka wybuchła nowa afera!
Okazało się, że Pani Irena prowadziła na własną rękę pokątny handel w mojej firmie!. Wystawiane faktury, po ich 
opłaceniu przez odbiorcę niszczyła, a gotówkę zabierała! Ale wszystko do czasu!
Zdarzyło się właśnie raz, że przyszedł odbiorca z reklamacją na zakupiony u nas towar. Poszukiwania odpowiedniej 
faktury nie dawały rezultatu. On przedstawił oryginał i dowód wpłaty. Wtedy oczy mi się otwarły. Powołałem  biegłego 
księgowego i prawniczkę i oni dokładnie przebadali naszą księgowość. Okazało się, że wiele było takich faktur, z 
których pieniądze poszły do rąk Pani Ireny.
 Powinienem był zawiadomić prokuraturę o nadużyciach i kradzieży. Pani Irena jednak wybłagała abym tego nie robił a 
ona w zamian w ratach spłaci udowodnione jej oszustwa.
 Tak też się stało. Wyrzuciłem ją także w trybie natychmiastowym z pracy.

Po paru miesiącach dowiedziałem się z lokalnej gazety, że Pani Irena założyła nową spółkę ze znaną w Olsztynie 
kobietą interesu. Obie panie robiły koło swych osób bardzo dużo szumu medialnego. Z wywiadu z obiema paniami 
dowiedziałem się, że to wszystko, co mi proponowała Pani Irena zostało w nowym układzie zrealizowane! Właściwie, to 
opisano sam początek wielkich interesów obu pań: wzięły olbrzymi kredyt i miały coś tam budować, co miało przynieść 
im i miastu olbrzymi dochód. Pomyślałem wtedy, że jednak wyszło na to, że ja nie miałem wyobraźni i nie umiałem 
podjąć właściwych decyzji. Czułem się z lekka " zdołowany" . Poczułem jakby zazdrość, że nie mogłem być dla Pani 
Ireny takim partnerem jak okazała się jej nowa wspólniczka. 
Zastanawiało mnie tylko jak to było możliwe, że nawo powstająca jakaś spółka dostała tak wielki kredyt!?  Widocznie, 
najprościej rozumując, bank też dał się ponieść fali przemian w naszym kraju i tak jak wielu sądziło, wyzwoliła się wielka,
 utajona, inwencja ludzi, którzy do tej pory byli jakby przytłamszeni krępującymi ramami skostniałych przepisów PRL a 
później dodatkowo stanu wojennego i warto było zaryzykować.
Na dobitek, obie panie otworzyły swoje biuro w jednym z domków prywatnych nie daleko od mojego domu na naszym 
osiedlu. Robiły coraz większy szum koło siebie. Na początek wzięły się za handel cytrusami. Było to zupełnie 
nowatorskie posuniecie, ponieważ jedną z cech wspaniałego ustroju PRL było to, że sprowadzano cytrusy tylko z jakiś 
okazji: na przykład Świąt Bożego Narodzenia, czy 1 Maja. Zawsze były najpierw artykuły w prasie, że już są gdzieś tam 
np. w Argentynie zakupione, że już płyną do kraju. Później opisywano, jakie to perypetie mają statki, które je mają w 
ładowniach, przeważnie były to spóźnienia, ale że Rząd Ludowy czuwa i na pewno na czas dopłyną itp. A tu Pani Irena 
z drugą Panią Y, same znalazły jakiegoś dostawcę i oto na naszym osiedlu można bez przeszkód kupić ile dusza 
zapragnie.
Długo to jednak nie trwało, bo firma ta nagle znikła. Po paru miesiącach zapomniałem o Pani Irenie, ale któregoś dnia 
siedzę sobie w swoim samochodzie przed jakąś dużą firmą i widzę jak obok zajeżdża z rozmachem olbrzymi, nowiutki 
czarny mercedes i z niego wysiadają dwie rozbawione panie.... Zaraz, zaraz... toż to przecież pani Irena ze swoją 
wspólniczką! 
Skurczyłem się zarówno fizycznie jak i " w sobie" ! To jednak im się powiodło pomyślałem nie bez zazdrości! 

Przyjechałem do domu i opowiadam Eli, co widziałem. Dodałem jeszcze: to może ja jestem niezdolny do robienia 
dużych interesów?
 Ela, jak mi się zdawało, powiedziała nieco z kwaśną miną: a niech robią te swoje interesy!
Pewnego dnia dostałem wezwanie na milicję. Zachodziłem w głowę, o co może chodzić? Już usytuowanie komisariatu 
(dzielnica) dodatkowo zagadkowo wyglądało: była to dzielnica wielkich bloków w innym końcu miasta niż mieściła się 
moja firma czy mój prywatny dom.
Już pierwsze zdanie wygłoszone przez milicjanta zdumiało mnie!
" Co mógłby obywatel powiedzieć o niejakiej Irenie X (padło nazwisko głównej księgowej..), bo według naszych 
informacji, zatrudniał ją jako główną księgową!  
 No tak zatrudniałem, ale ... I tu opisałem perypetie związane z jej osobą.
Wysłuchano mnie uważnie, spisano protokół.
 Na koniec spytałem, o co właściwie chodzi? I wtedy otrzymałem olbrzymią dawkę satysfakcji!
 Przesłuchujący mnie powiedział: Obywatelka Irena X jest oskarżona o przywłaszczenie sobie wziętego z banku 
olbrzymiego kredytu i roztrwonienia go! Prawdopodobnie kupiła za ten kredyt nowe duże mieszkanie i zarejestrowała 
go na swojego męża, a sama nawet nie jest w nim zameldowana. A co resztą pieniędzy, nie wiemy .
 Spytałem wtedy: a przecież widziałem ją w nowym, wielkim mercedesie?
 No tak, to też wiemy, odrzekł milicjant, ale ten mercedes jest zarejestrowany na jej męża!
 Dalej dociekałem: a parzcież jest wspólnota majątkowa małżonków?
 No właśnie, oni się rozwiedli i obywatelka Irena X nie ma nic! 
 Słuchałem tego wszystkiego jakby to był jakiś nierealny film kryminalny.
Jechałem do domu, a głowie mi aż huczało. Miałem rację.. Miałem rację... Jak to dobrze,
 że obeszło się tylko niewielkimi stratami.

 Ela wyraźnie inaczej na mnie patrzyła jak jej to opowiadałem. Czułem, że trochę moje 
notowania zwyżkowały....

Ale  niestety to nie był jeszcze koniec tej historii! 
To było naprawdę jak z koszmarnego snu!
 Po pewnym czasie dowiedziałem się, że los dopisał tragiczne zakończenie:
 Pani Irena, rozdawszy cały wzięty kredyt, nie posiadająca niczego, 
rozwiedziona i nie mająca nawet własnego mieszkania, popełniła 
samobójstwo, podcinając sobie żyły w wannie, w mieszkaniu kupionym dla 
byłego męża!
CD>>>
HOME              Dzień dzisiejszy(fotografie)             Książka gości              Poczta              Strona poprzednia                    Strona następna
 
Obrazek