Życiorys. Strona 71.                
                               
   

Biura firmy Master s, w której teraz zostałem zatrudniony były, co prawda w centralnym miejscu Warszawy, ale
produkcja odbywała się w niezbyt dużym mieście Wyszkowie (55 km od Stolicy). Była tam duża stolarnia i niedaleko
niej, w nowo wybudowanej niewielkiej hali, szwalnia.
Staszek, szef i właściciel firmy, apodyktyczny niesamowicie, robił wrażenie bez reszty przekonanego o tym, że
posiadanie gotówki zwłaszcza widocznej gołym okiem jest kluczem do wszystkiego! Sama firma była " polonijna" ,
czyli powstała z przywiezionych do kraju dolarów czy marek. Były to czasy, kiedy, po wprowadzeniu odpowiednich
przepisów w tym względzie powstawało sporo takich jednostek gospodarczych, które rządziły się surowymi prawami
kapitalizmu. Odczuwali to natychmiast pracujący tam ludzie przeniesieni z tak zwanych socjalistycznych zakładów
pracy. Tu musieli się liczyć z tym, że zły humor lub niezadowolenie właściciela firmy mogło natychmiast przeobrazić się
w pożegnanie z pracą. Atmosfera taka była zresztą nawet sztucznie podtrzymywana przez tychże właścicieli. Na
pewno podwyższało to temperaturę w pracy, ale też przyczyniało się do większej wydajności zwłaszcza, tak, że płace były
znacznie wyższe niż poza tymi firmami.
Nie raz słyszałem jak " medalista" ( tak nazywano po cichu Staszka ze względu na widoczne zawsze w rozpiętej
koszuli złote łańcuchy z medalami) wrzeszczał do kogoś: przecież, po to ci ku...a płacę 10 razy więcej, byś mi to w
zębach przyniósł !!!!! Jak przystało na majętnego człowieka, Staszek miał w bardzo dobrej dzielnicy Warszawy
wspaniała willę, do której zaraz na początku mnie zaprosił. Jak na tamte czasy był to istny pałacyk.

 
             
Zapewne miało mi to uprzytomnić, jaki dystans jest między nami. Miał on także, oczywiście (!), o wiele od siebie młodszą i bardzo reprezentacyjną żonę (nie mogłem dociec, czy faktycznie była prawowitą czy tylko z nazwy ) i także oczywiście, kochankę (może więcej niż jedną, ale to zależało gdzie aktualnie przebywał).
           
             
Niebawem, niby niechcąco, wspomniał także, że musi pomyśleć o zmianie mebli w swoim wiedeńskim mieszkaniu, bo
żona już się starymi znudziła i to - sam rozumiesz..., wymaga zarobienia dodatkowej gotówy!

           
           
Cały ten świat był dla mnie zupełnie czymś nowym! Zachowywanie się bossa (tak, z szacunkiem należało się
wyrażać o Staszku) było nie raz dla mnie szokujące!
Zapamiętałem taką sytuację: przyjeżdżam z owym bossem do jakiejś firmy, wysiadamy z samochodu, aby udać się do
biura, ale widzę, że na tylnym siedzeniu pozostaje lekko uchylona czarna walizeczka, z której wystają pakiety
pieniędzy. Mówię do Staszka: tam na siedzeniu widać gotówkę, lepiej to wziąć ze sobą! Co ty! Mówi Staszek. Niech,
ku...a widzą, z kim mają do czynienia! Idziemy do biura. Tam się okazuje, że jednak walizeczka jest potrzebna, bo w
niej są jeszcze także jakieś potrzebne papiery. Wracam wiec po nią. W biurze, Staszek ostentacyjnie otwiera walizkę, widać teraz, że cała jest wypakowana banknotami a na wierzchu jeden dokument! Stojący obok nas facet jak to zobaczył zrobił jakby wdech i dało się słyszeć jakby OOOCH! Wtedy Staszek mówi: Spokojnie! Na takich to ja ku....a mam tu coś!- Podnosi za odpowiedni uchwyt podwójne dno w walizce i tam odsłania duży czarny pistolet! Znowu słychać w biurze: OOOCH!! Staszek mówi: w razie czego to go użyję!

             
- - -
 


Moje życie wyglądało teraz z goła inaczej niż poprzednio.

Wyjeżdżałem moim Fiatem, w co drugą niedzielę wieczorem do oddalonego o ok. 190 km Wyszkowa i po 3 do 4 godzinach, nie pierwszej klasy drogami, byłem w przydzielonym mi kontenerze mieszkalnym - przeważnie o północy. Był tam mały pokoik z wnęką kuchenną i łazienka.
Miałem ze sobą ugotowanych przez Elę sześć gotowych obiadów. Resztę, czyli śniadania i kolacje przyrządzałem sobie sam. Praca była dwu zmianowa. Załoga stolarni, to ok. 50 chłopa. Same osiłki, z którymi nie za bardzo można było żartować. Wszyscy z Wyszkowa i okolic. Dziś nic bym nie musiał dodawać, aby ich lepiej przedstawić!
Zasadnicza produkcja to palety o bardzo wygórowanych parametrach, typu Euro. Są do nich specjalne normy, ogólno-europejskie, których należało ściśle przestrzegać. Musiałem się dokształcić z tej dziedziny, bo odbiorcy byli bezlitośni. Przed każdą wysyłką na Zachód, przyjeżdżał inspektor i sprawdzał bardzo drobiazgowo wszystkie parametry wyrywkowo wybranych egzemplarzy. Gdyby coś nie grało, cała przygotowana partia zamiast na olbrzymią skrzynię " tira" szłaby do poprawki, a to była już ogromna strata. Musiałem być bardzo czujny i bez przerwy sprawdzać na każdym etapie produkcji czy nie wkradły się jakieś nieścisłości, czy zachowane są wszystkie wymiary i czy surowiec jest właściwy. Praca była od 6 rano do 22 każdego dnia. Załoga się zmieniała a ja musiałem tego wszystkiego pilnować przez te 12 godzin codziennie przez pięć kolejnych dni.
Teraz wiedziałem, za co Staszek płaci prawie trzy razy więcej niż Orbis w hotelu! Najgorzej było, jak z jakiś przyczyn coś nawalało a termin wysyłki następnej partii palet nie mógł być opóźniony. Było to wtedy czyste wariactwo. Bywało też, że anonsowany "tir" spóźniał się. Nie było wtedy jeszcze żadnej mobilnej łączności i nikt nie wiedział, co tak naprawdę z tym samochodem się dzieje.

- - -
   

Co jakiś czas Boss (Staszek) przyjeżdżał na inspekcję do Wyszkowa i moim szczęściem było, że na terenie stolarni, nie było żadnego miejsca gdzie by mógł się zatrzymać.
W wspomnianej szwalni natomiast było jego prowincjonalne biuro, które wyglądem i wyposażeniem dopasowane było raczej do miejsca swojego usytuowania, toteż, czego byłem świadkiem, niesamowicie zabrzmiało jak wydarł się któregoś dnia do wchodzącego do tego „gabinetu” wezwanego pracownika:
„O ku...a! Gdzie leziesz w tych gumiakach? To jest moje biuro a nie obora! Na bosaka! -Wrzasnął!
Człowiek stanął jak wryty i pośpiesznie, zrywał z nóg wspomniane szlachetne obuwie!

- - -
   

Często trzeba było załatwiać coś w Polsce.
Zapamiętałem wyjazd w poszukiwaniu kooperanta na Dolny Śląsk z pewnym facetem, który pracował w Master's
jako zaopatrzeniowiec. Jego żona była urzędniczką w naszej firmie i pracowała obok mojego pokoju. Nieraz
narzekała, jakiego to ma niegodziwego męża, że ją zdradza, pije, a nawet zamienia się w damskiego boksera.
Sama bardzo zadbana i spokojna i nie bardzo mi się chciało wierzyć, że ma w domu taką gehennę. Podziwiałem jej
bardzo zadbane włosy i kiedyś powiedziałem jej o tym, a ona wtedy powiedziała mi, że jest to wynikiem codziennego
mycia ich przed przyjściem do pracy. Powiem szczerze, że byłem tym zdumiony, bo jej włosy nie były wcale krótkie!
Tak się właśnie zdarzyło, że na tą delegację Staszek wysłał mnie z nim. Dostałem na ten cel dostawczy samochód
i w drogę. Już sama jazda nie obyła się bez stresu. W połowie drogi omal nie skończyła się, bo stado owiec, które
widziałem z daleka jak się pasło na przydrożnej łące, nagle, za swoim baranin przewodnikiem chciało się
przemieścić na drugą stronę szosy. Moje gwałtowne hamowanie nic prawie nie wniosło. Tyle tylko, że przy
znacznie zmniejszonej szybkości zrobiłem istny slalom miedzy owcami nieco je potrącając, ale bez widocznych
złych skutków. Kosztowało mnie to nieco zdrowia, ale się udało.
Po zameldowaniu się na nocleg w hotelu pozostawiłem na ulicy przed nim samochód.
Rano, przy otwartym oknie od tej właśnie strony, gdzie on stał poczułem silną woń benzyny. Zerwałem się na
równe nogi i co widzę: samochód stoi w kałuży benzyny! Natychmiast zerwałem mojego towarzysza, który spał w
pokoju obok i pobiegliśmy przepchać samochód w inne miejsce, aby ktoś idący nie rzucił niedopałku w tę kałużę !
W pobliskim warsztacie samochodowym, nikt nie mógł ustalić, z jakiej przyczyny cała zawartość zbiornika paliwa
znalazła się na ulicy pod samochodem! Sprawa na tyle była dziwna, że przeprowadziliśmy dokładne oględziny także
silnika i wtedy wyszło na jaw, że benzyna dostała się także do miski olejowej. Trzeba było wymienić także olej!


Nie był to koniec jeszcze kłopotów na tej delegacji!

Na drugi dzień, po doprowadzeniu samochodu do porządku mieliśmy wyruszyć na poszukiwanie odpowiedniego kooperanta.
Zszedłem rano na śniadanie do hotelowej restauracji, gdzie poprzedniego wieczoru zostawiłem swego towarzysza,
który postanowił się trochę " odprężyć" . Ponieważ umówiony czas do wyjazdu mijał a jego nie było postanowiłem
sprawdzić, gdzie on jest. Klucza od jego pokoju nie było w recepcji, więc był w pokoju. Pukanie nic do sprawy nie
wniosło, wobec tego poprosiłem kierownika recepcji abyśmy otworzyli pokój w celu sprawdzenia czy się coś nie
stało. Po wejściu znalazłem się w takie samej sytuacji jak stosunkowo niedawno w Mrongovii!
W łóżku był nagusieńki mój zapity w drobiazgi towarzysz a z nim, także w takim stanie, obsługująca nas
poprzedniego dnia w czasie kolacji kelnerka!
Skąd ja to znałem! Zaopatrzeniowiec z firmy Master's ani myślał pozbawiać się przyjemności, jaką zażywał mimo
moich gróźb, że wyleci z pracy.
Stanęło na tym, że sam pojechałem wypełniać polecenie służbowe szefa!
Dla zaopatrzeniowca skończyło się to wyleceniem z pracy, a jego żona wyrzuciła go z domu i wniosła o rozwód.

   
 

Praca, jak widać nie była łatwa, ani przyjemna, ale miała dwie podstawowe zalety:
Staszek płacił rzetelnie i co drugi tydzień miałem wolny!
Wtedy w Olsztynie rzucałem się do wykańczania domu. Miałem na to znowu cały tydzień. Przy dobrym
zaplanowaniu robót postęp był widoczny. Było też, czym płacić murarzom. Ale oczywiście to nie znaczyło, że tu też
nie było kłopotów. O dobrych fachowców nie było łatwo. Pewnego dnia zgłosiło się dwóch fachmanów , którzy jak
sami mówili są nietutejsi, znają się na wszystkim i chcą zarobić. Ustaliliśmy zakres robót. Nie mieli gdzie mieszkać,
to mieli otynkować jeden z pokoi w naszym domu najpierw, aby nadawał się do zamieszkania a następnie powinni byli
wykonywać w ustalonej kolejności dalsze roboty.

Przez pierwsze dwa tygodnie wszystko szło w miarę dobrze zwłaszcza jak był to kolejny mój wolny tydzień. Co prawda kominek, który wykonali według dokładnych rysunków nie miał "ciągu" i zamiast do komina dym rozpościerał się po pokoju, ale podobno to, dlatego, że był upał na dworze... Schody z tarasu były tak " zaszalowane" , że każdy stopień był jakby osobnym dziełem sam w sobie, zupełnie nie podobny do drugiego!
Miało to być później poprawione już przy ostatecznej obróbce. Gdy Ela zwróciła im na to uwagę jeden z nich
stwierdził: " Szefowa, kochaniutka, wszystko będzie na końcu bardzo dobrze wyglądało! Od tego my mamy głowy!.
Wszystko się wyrówna i będzie cacy!"

                         
                         

Tak się złożyło, że po następnym tygodniu mojej nieobecności w Olsztynie, razem z Elą pojechaliśmy w poniedziałek
na budowę i nie mogliśmy znaleźć nie tylko śladów pracy naszych fachmanów, ale i ich samych. Były natomiast ślady
ich bytności w wytynkowanym pokoju w postaci stosów butelek po różnych trunkach oraz puszek po konserwach.
Rozpoczęły się poszukiwania. Od razu wpadła nam do głowy myśl, że pracują gdzieś niedaleko, a nasz dom traktują
jak darmowy hotel. Po zorientowaniu się, na której budowie widać jakiś postęp w pobliżu, trafiliśmy do sąsiada kilka
domów dalej. Ledwo wkroczyliśmy na jej teren zza jakiegoś węgła na moment zobaczyliśmy czerwono-sinawą gębę
jednego z naszych fachmanów. Był tam i ten drugi!
Co Wy sobie myślicie? U nas będziecie mieli darmowy hotel a pracować będziecie tu? Natychmiast zabierać z naszej
budowy swoje graty i wynocha! -Wykrzyczała do nich Ela.

Wtedy zjawiła się właścicielka budynku i do Eli: Co Pani tu
przyszła się rządzić w moim domu? Proszę wyjść!

Na to Ela,: Co Pani sobie wyobraża? Że to jest w porządku
zatrudniać tych ludzi jak oni u nas mieszkają i nie chcą wywiązać się z umowy?
A ja nic o tym nie wiedziałam! Stwierdziła sąsiadka.

...i do nich - Umnie także nie będziecie pracować!


Tak też się stało! Jeszcze tego samego dnia, z węzełkami swoich gratów wynieśli się.

                         
       
cd >>>
         
                           
 
 
  Home Dzień dzisiejszy(fotografie)  Książka Gości
Poczta
Strona poprzednia
Strona następna