Życiorys.   Strona 68.
W moim życiu chyba nie było gorszego momentu na 
samodzielne dyrektorowanie.
  Związek Zawodowy " Solidarność"  coraz bardziej napierał na władze. Mnożyły się strajki, różne protesty
 i demonstracje, często zakończone pobiciem protestujących lub ich aresztowaniem. Jedni organizowali się
 i protestowali w słusznej sprawie, inni uznali, że jest okazja do załatwienia swoich partykularnych interesów. 
   Czas był taki, że każda szuja mogła głowę podnosić pod płaszczykiem walki o uzdrowienie narodu polskiego.
Dyrektorowanie do tej pory w Polsce było zajęciem bardzo bezpiecznym. Prawie wszystkie zakłady były albo 
państwowe albo pod zarządem państwowym. Co to oznaczało? A no tyle i aż tyle, że każdy dyrektor był pośrednio 
lub bezpośrednio wyznaczony przez  władzę  czyli  był "z klucza"  partyjnego (PZPR). Jeżeli wypełniał polecenia partii 
to miał nad sobą parasol ochronny.
 Jeżeli komuś z załogi tak zarządzanego przedsiębiorstwa coś się nie podobało to musiał to zgłosić na zebraniu 
partyjnym i musiał się liczyć, że to natychmiast było analizowane w Komitecie Wojewódzkim Partii i miał za 
przeciwnika nie tylko dyrektora, ale przede wszystkim władze partii.
 No tak , ale tak było do 1980 roku. W 1981 roku to już nikt się tym nie przejmował i dla wielu zadaniem naczelnym 
było walczyć z dyrektorami niezależnie od tego czy mieli istotne do tego powody, a najczęściej aby samemu  
"wypłynąć" .
Doskonale o tym wszystkim wiedziałem, ale nie wybiera się momentu w którym się na świat przychodzi, nie wybiera się 
także momentu, w którym dostaje się do ręki " buławę" .
W pierwszych tygodniach cała załoga hotelu zajęta była organizowaniem własnych stanowisk pracy, 
podporządkowaniem się podpisanym regulaminom, sprostaniem coraz liczniej napływającym gościom.  
Po paru tygodniach, kiedy to wszystko się dość dobrze docierało zauważyłem, że zaczyna się tworzyć jakby najpierw 
niewielka opozycja w stosunku do mnie. Po jakim czasie na jej czele dało się wyczuć, że jest jakiś organizator.
 Kto to mógł być? Nie miałem wśród prawie 250 osób załogi człowieka, który mógłby sądzić, że po " wygryzieniu"  mnie 
mógłby zająć fotel dyrektorski. 
Tak przynajmniej sadziłem i tak też sądziła, bardzo mi oddana główna księgowa, Pani Zofia.
 Samo zarządzanie całym przedsiębiorstwem nie nastręczało wielu kłopotów. Nie ma jednak róży bez kolców. 
Wyrywkowe kontrole na przykład głównego baru, gdzie głównie goście raczyli się wymyślnymi trunkami i koktajlami 
uzmysłowiły mi, że jest tu pole do wielkich nadużyć. Dość powiedzieć, że po paru tygodniach pracy kilku barmanek i 
barmanów braki wynosiły  do trzech krotności miesięcznych ich uposażeń każdego tam pracującego. Byłem tym 
przerażony. Sadziłem, że teraz zacznie się prawdziwa rewolucja, bo przypisałem do zwrotu wszystkie niedobory i to w 
trybie natychmiastowym. Ku mojemu zdumieniu nikt nie protestował i natychmiast wszystkie osoby tam pracujące 
wpłaciły do kasy wyliczone straty.
 Jak to? Zarabiali trzykrotnie mniej niż mieli wpłacić i nic się nie stało? Po dokładnym 
przyjrzeniu się sprawie stwierdziłem, że większość z tych osób pracowała już jako barmani w innych hotelach.
 Nabrali zapewne tam jakiejś " praktyki" . Jakiej, to się można było tylko domyślać! 
Teraz opracowaliśmy dokładny sposób kontroli, jak się przynajmniej nam zdawało, aby do takich oszustw nie 
dochodziło. 
Było to chyba pod koniec lutego. Dostałem zaproszenie na ogólno polską naradę dyrektorów hoteli Orbisu do 
Warszawy. Wyjechałem wcześnie rano moim Fiatem 125P. Dzień był ładny, tak że podróż bez przeszkód dobiegała 
prawie do końca. Jechałem już Wisłostradą (arterią idącą prawie przez całą Warszawę wzdłuż Wisły).
 Jechałem dość szybko (ok. 90 km/godz.).
Po prawej stronie widać już było Stare Miasto. Poprawiłem zapięty pas ponieważ co pewien czas rozluźniał się a ja po 
wizycie w Szwecji, gdzie bardzo rygorystycznie przestrzegano obowiązkowego zapinania się uznałem, że jest to dobre 
zabezpieczenie. W Polsce wtedy nie było takiego obowiązku, a i pasy były bez automatycznego naciągacza, tak że 
trzeba było często je poprawiać. Zbliżałem się do mostu Śląsko-Dąbrowskiego, czyli poprzecznie biegnącej Trasy WZ. 
Widziałem przed sobą zielone światło na skrzyżowaniu tuż przed wjazdem pod most. Obok mnie nikt nie jechał, 
przyspieszyłem, aby na pewno przejechać jeszcze przy tym zielonym świetle i jak miałem ok. 30 do 40 m do 
skrzyżowania, nagle z prawej strony z oczekujących na wjazd  samochodów, raptownie wjechał samochód ciężarowy 
Żuk!  Rozpaczliwie zacząłem hamować. Przez ułamki sekund pomyślałem, że nie ma żadne
j szansy!.
 Nie można było go ominąć i tak jak w zwolnionym filmie, pamiętam jak widzę go coraz bliżej i bliżej i...
 nic już nie czułem......
Obrazek
Obrazek
Nie wiem jak to długo trwało, ocknąłem się 
ściśnięty we wraku własnego samochodu w jakiś 
oparach ni to dymu ni pary!
 Żyję! Pomyślałem: Nic mnie nie boli!
 Chyba wszystko się pali! Chciałem się 
natychmiast z tego złomu wydostać!
 Drzwi nie dawały się otworzyć,   teraz dopiero 
dostałem stracha! Muszę się wydostać! Zaparłem 
się ile tylko miałem sił -  drzwi się wreszcie uchyliły 
a ja, jak z procy wyrwałem się z samochodu z 
trudem uwalniając z pasów!
Teraz dopiero, jakby z jakiejś perspektywy, 
oszołomiony, rozglądam się dookoła! Co się 
właściwie stało? Widzę jakby ze zdziwieniem,
 że z mojego wypielęgnowanego Fiata jest jakaś 
zdeptana puszka, obok stoi pognieciony i jakby na
 pół złamany Żuk, kabina otwarta, a jakieś 
dwadzieścia metrów dalej, na asfalcie leży jakiś 
człowiek i krew mu się leje z głowy!
 To był kierowca Żuka! Przy zderzeniu 
najwidoczniej wyrzuciło go z kabiny. Już 
nadjechało pogotowie ratunkowe i milicja 
drogowa. Ktoś mnie kilka razy pytał, jak się czuję, 
czy nic mnie nie boli. Tamtego kierowcę zaraz 
zabierają do szpitala. Mnie kilkakrotnie milicjant 
pyta czy byłem sam w samochodzie. Czy na 
pewno? Słyszę kilkakrotne pytanie.
 Ciągle jestem jakby pod lekką narkozą i chodzę 
jak głupi obok samochodu, a właściwie obok 
jakiegoś wraku. Ktoś mówi: miał pan szczęście, że 
tak się to skończyło! Zabierają mnie na badania 
do szpitala. Tam się okazuje, że mam dwie sine 
pręgi na ciele od pasów i porozbijane oba łokcie i 
kolana, ale niegroźnie.
 Wynikało z tego, że pasy się tak przy zderzeniu 
naciągnęły, że zarówno łokciami jak i kolanami 
uderzyłem w deskę rozdzielcza, a jechałem 
maksymalni
e z odsuniętym siedzeniem do tyłu!
Szczęśliwie nic innego nie stwierdzono i już taksówką pojechałem do hotelu, gdzie była narada dyrektorów.
 Tam mnie zaraz położono do łóżka i .. zasnąłem natychmiast!
Tak wyglądał po wypadku mój zadbany samochód!
Był ciąg dalszy mego życia!
Obrazek
Jak wróciłem do hotelu w Mrągowie, Pani Zofia stwierdziła ze smutkiem, że to bardzo zła wróżba, co do mojej dalszej 
pracy w Mrągowie. Na moje zdziwienie powiedziała, że jest zabobonna i takie wydarzenie na początku pracy świadczy 
o tym, że los dał mi przestrogę.
 Ja jednak wtedy myślałem raczej o tym, że los mnie oszczędził, jak już wiele razy poprzednio.
 Dyrekcja warszawska Orbisu przydzieliła mi samochód służbowy i tu jakby problem zniknął. Jednak z moim wrakiem 
zaczęły się problemy. 
Dziś skończyłoby się to złomowaniem samochodu i wypłatą odszkodowania.
 Wtedy, w 1981 roku, firma ubezpieczająca mnie i samochód ani myślała tak zrobić. Zaczęły się przepychanki: oni,
 że samochód naprawiać, ja, że takim naprawianym nie da się bezpiecznie jeździć. Powołałem biegłych. Komisyjnie 
stwierdzono, że mam rację. Po wielu pismach i wizytach u ubezpieczyciela udało mi się wynegocjować wymianę całej 
karoserii na nową, całego oprzyrządowania silnika, wymianę skrzyni biegów. Pomyśl sobie! Opłaciło się firmie 
ubezpieczycielskiej, w warsztacie rzemieślniczym praktycznie budować na nowo cały samochód metodą " króla
 ćwieczka"  a nie kupić nowy.
 Cztery miesiące trwało montowanie mojego Fiata.
Miałem jednak jeszcze także powód do dodatkowego zadowolenia z  "opaczności" .
 Otóż ogłoszono, że dla wsparcia i rozwoju produkcji nowego samochodu, jakim była produkcja Poloneza i innych w 
Polsce produkowanych samochodów (Fiata 126 i 125), każdy, kto wpłaci pierwszą ratę będzie brał udział w losowaniu 
kolejności otrzymania go na przestrzeni chyba 10 lat. Najbliższymi terminami było chyba oczekiwanie jednego roku. 
Odbyło się losowanie i ... byłem na czele listy!
Tymczasem mój wróg w hotelu nie próżnował. Życzliwi donosili mi, że buntuje załogę przeciw mnie, bo jakobym 
zmniejszał dochody hotelu, ponieważ zajmowałem jeden z domków przeznaczonych dla gości hotelowych.
 Nie miało znaczenia to, że z dziesięciu zbudowanych wynajętych było czasem równocześnie tylko cztery lub pięć.
 Także wykorzystano fakt, że jeździłem teraz służbowym samochodem i że co tydzień jechałem do odległego
 o 65 kilometrów domu! 
Trochę to mnie jednak zaczynało męczyć. Wiedząc, że każdy mój krok jest śledzony starałem się, aby maksymalnie 
uważać, aby nie dawać powodu do jakiś insynuacji. 
Tak na przykład, kiedy pewna "agencja artystyczna"  proponowała mi zaangażowanie na wieczorki sobotnie 
striptizerek i musiałem dokonać ich selekcji, aby później nie tłumaczyć się, że nie wiedziałem, kogo angażuję, na 
pokazowe występy zabierałem jako przyzwoitkę Panią Zofię (główną księgową), która towarzyszyła mi acz niechętnie
 ( z mojego nakazu).
 I tak, po paru tygodniach występów jednej z tych  "artystek" , kiedy się zorientowałem, że panienka po występach 
zabiera chętnych " klientów"  do naszych pokoi hotelowych uprawiać tam płatną miłość, ów mój przeciwnik rozgłaszał 
po jej wyrzuceniu z hotelu, że wie od niej, że dlatego wyleciała z  pracy , bo ja chciałem być jej  klientem  a ona, taka 
porządna, że " nie dała mi d.........."  i dlatego wyleciała!
W tych czasach, kiedy to lansowano teorię, że w socjalizmie wszyscy mają zatrudnienie i nikt nędzy nie doznaje, nie 
ma powodu, aby istniała prostytucja, bo ona w kapitalizmie jest z dwóch powodów: ubóstwa i upodlenia człowieka,
 całe to " towarzystwo"  skupiało się w hotelach.
 Niektóre hotele w Polsce były jak byśmy to dziś określili, jak " agencje towarzyskie" .
 Pilnowałem bardzo (może nawet trochę przesadnie) dobrego imienia nowego hotelu, zwłaszcza, że był on na ustach 
wszystkich, którzy, w Polsce chcieli pokazać, że są ważni i maja  kasę ! 
Tak właśnie doszło do wyrzucenia z pracy kelnerki, która tak się zapatrzyła na striptizerki, że po skończonej pracy też 
nie szła do domu, lecz do łóżka gości hotelowych.
 Z kierowniczką recepcji postanowiłem dać temu właściwe zakończenie.
 Wspomniana kierowniczka, podpatrzyła, z którym klientem przedsiębiorcza kelnerka się udaje do jego pokoju
 i wczesnym ranem dnia następnego  rana zapukała dość stanowczo do owego pokoju. Ponieważ pokój ten miał 
także wyjście na biegnący wzdłuż budynku balkon, stałem właśnie tam w oczekiwaniu na wspomnianą panienkę. 
Oczywiście było jak przewidywałem.
 Kiedy kelnerka usłyszała przy drzwiach głos kierowniczki recepcji, rzuciła się do ucieczki w kierunku balkonu!
 A tam już na nią czekałem i z powrotem ją do pokoju w kusej koszulce wprowadziłem, aby się ubrała.
 I to była jej ostatnia czynność w " moim"  hotelu.
Do hotelu w charakterze gości przybywali coraz to nowi, znakomici goście, pisarze, politycy, aktorzy.
 Większość z nich przychodziła do mnie do gabinetu, aby zasygnalizować swoją obecność, podzielić się miłymi 
spostrzeżeniami i wrażeniami, jakie robił hotel i jego pracownicy.
 Ku mojemu na początku zaskoczeniu, dostawałem zawsze jakiś, pięknie opakowany trunek w prezencie.
 Do dziś mam jeszcze kilka takich nie otwartych butelek.
Swoje hucznie obchodzone imieniny wyprawiał także w hotelu jeden z najbardziej znanych polskich aktorów
 ( nazwiska nie wymienię, bo choć minęło ponad 20 lat, jego gwiazda dalej błyszczy) i pewnie nie pozostawiłoby to
 w mojej pamięci większego śladu gdyby nie to, że dostał w prezencie wielką, brodatą, białą, oczywiście żywą kozę, 
z którą, w dobrym humorze i obstawie rozbawionego towarzystwa, przechadzał się po korytarzach hotelu.
 Z przykrością musiałem poprosić o odstawienie kozy do stajni, która była obok hotelu, gdzie do wynajęcia były
 konie wierzchowe.
Pół roku po wypadku, dostałem zawiadomienie, że będzie sądzony kierowca, który spowodował wypadek i mogę 
przyjechać na rozprawę w charakterze świadka. Mogłem też wystąpić o odszkodowanie w procesie cywilnym, ale 
ani nie pojechałem do Warszawy, ani nie myślałem o odszkodowaniu. Wtedy, jakby z pewną ulgą pomyślałem, że 
człowiek ten, choć był winien to jednak żyje skoro go sądzą i to mi wystarczyło.
            CD    >>>>
Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie odwiedziła 
mnie w Mrągowie moja córka Magda, z którą już 
dość dawno nie miałem kontaktu.
 Było mi bardzo miło, ponieważ myślałem, że stałem 
się już całkiem zapomniany.
 Byłem zaskoczony, jaka Ona była dorosła .

 No tak! Przecież niespodziewanie dla mnie miała
 już 22 lata!
 Gdy nas kelner obsługiwał przy stoliku w 
restauracji hotelowej, kiedy jedliśmy obiad, 
uznałem za stosowne, aby powiedzieć jemu, że 
to moja córka. Wiedziałem, że w przeciwnym 
razie zaraz rozejdzie się wieść, że jadłem obiad
 z kochanką! 
Obrazek
Magda. 1981r.
Była bardzo krótko. Nie miałem nawet okazji zapytać, jakie prowadzi życie, byłem skrępowany, jakby w poczuciu 
winy i brakiem kontaktów.

 A może było inaczej: nie chciałem być wścibski, a może Ona nie była chętna do wynurzeń?
 Dziś już sam nie wiem. Pamiętam, że dowiedziałem się tylko, że ma zamiar wyjechać do Londynu.

 Pozostał niedosyt.
Obrazek
Obrazek
Magda w Londynie.   1981 r.
HOME        Dzień dzisiejszy(fotografie)             Książka gości              Poczta              Strona poprzednia                     Strona następna
Obrazek