Życiorys. Strona 61.             ( 5 )        
         
                 
                       
                                   
   
 
                                   
   
Jak tylko znalazłem się w powietrzu, na pokładzie lecącego do Warszawy samolotu, dopadły mnie niepokojące
myśli, co dzieje się w Olsztynie? Jak czuje się mój Tata? Wszystko, co mnie przez parę dni oderwało jakby od
rzeczywistości, pozostało tam w dole i natychmiast stało się jakby zupełnie nieprawdziwe - wyszedłem po prostu
z kina, na ostre powietrze , gdzie zimny wiatr natychmiast przywołał mnie do rzeczywistości. Znowu ujrzałem z
góry wielkie miasto i za chwile, twardo, osadzono mnie w rzeczywistości. Potem jazda taksówką do śródmieścia,
gdzie na parkingu strzeżonym zostawiłem samochód i już za chwilę jechałem w kierunku Olsztyna.

Z bijącym sercem wchodziłem do mieszkania Rodziców. Ojciec, nie podnosząc głowy z poduszki jakby się lekko
uśmiechnął w powitaniu, ale widać było, że nie czuł już upływającego czasu. Jego niebieskie oczy były jakby
przybladłe i błądziły gdzieś daleko. Ścisnęło mi się serce. Nie mogłem się nawet podzielić z mim wrażeniami z
wyjazdu. Mama też nie była rozmowna.

 

Następne dni i tygodnie to nieustanna walka o powstrzymanie postępu obumierania mózgu Ojca. Coraz częściej
trąciliśmy z nim kontakt, coraz częściej przyjeżdżało pogotowie, aby przy pomocy zastrzyków i innych zabiegów
przywracać Go do grona żywych. Nadziei było coraz mniej. Po trzech tygodniach takiej walki z chorobą przyszedł
taki dzień, w którym Ojciec stracił przytomność. Wezwany lekarz pogotowia ratunkowego wprawdzie zastrzykami
przywrócił przytomność Ojcu, ale bezwzględnie nakazał oddanie Go pod intensywny nadzór szpitalny.
Pamiętaliśmy o tym, że przyrzekaliśmy Ojcu, że nie oddamy Go do szpitala, jednak stan jego zdrowia był tak
poważny a jego świadomość tak już poza światem rzeczywistym, że nie mogło to już spowodować żadnego
dodatkowego stresu.
Zgodziliśmy się na natychmiastowe przewiezienia Ojca do szpitala na intensywną terapię. Tak się stało.


Wróciłem do pokoju, z którego wyniesiono na wpół nieprzytomnego, siadłem na łóżku, z którego Go zabrano,
oparłem łokcie na kolanach a ręce same chwyciły moja głowę. Tak pochylony zapadłem w jakieś odrętwienie a
łzy, jak grochy, poleciały na podłogę. Dla mnie, w tym momencie, mój ukochany Ojciec UMARŁ. Mama siedziała w
drugim pokoju sama i pewnie też tak to odczuwała.
Rano, udaliśmy się do szpitala i przy łóżku Taty chcieliśmy z nim nawiązać jakiś kontakt. Nie mógł już nic mówić
i nie można było się zorientować czy wie gdzie jest. Oczy miał otwarte, ale jakby nas nie poznawał. Było to dla
mnie nie do wytrzymania. Wychodziłem na korytarz, aby w nie patrzyć.
W takim beznadziejnym czuwaniu na zmianę przy umierającym ojcu minęło chyba cztery czy pięć dni.

24 maja o godzinie ok. 3 w nocy w domu rodziców, gdzie spałem, zadzwonił telefon. To lekarz dyżurny ze
szpitala zawiadamiał, że Ojciec umarł. Pojechaliśmy tam natychmiast, aby choć dotknąć jeszcze Jego ciało i
pomodlić się za Jego Duszę.

Ten dzień i następne, aż do pogrzebu, to życie jakby w jakimś koszmarnym transie. Otaczający mnie świat stał
się jakby czarno-biały i strasznie kanciasty. Miałem 42 lata i do tej pory los oszczędził mi takiego stresu i
nieszczęścia.
Pewnie, że to wystarczająco dużo, aby nie pomstować tak do końca na odwrócenie się szczęśliwego czasu.

Spotkany na ulicy znajomy spytał mnie: czym jestem tak przybity? Umarł mi Ojciec, orzekłem.

A on pytał dalej: - A ile miał lat? 71 - odpowiedziałem.

No cóż, to dożył całkiem leciwego wieku, skonstatował znajomy, dając do
zrozumienia, że los był dla niego i tak łaskawy.

W liczbach to się wszystko zgadza, powiedziałem, ale mój Tata był
w takiej kondycji umysłowej i fizycznej, że powinien żyć jeszcze przynajmniej 20 lat, orzekłem i zrobiło mi się
jeszcze smutniej niż przed tą wymianą zdań.


Dzień pogrzebu był kulminacyjnym dniem stresu. Przyjechało wielu członków naszej rodziny, ale nic nie
pamiętam ani ilu ich było, ani nawet jak wyglądali. W kostnicy przyszpitalnej ostatni raz patrzyłem na twarz Ojca i
widziałem jak była wymęczona w przeciągu tych dwóch miesięcy walki ze śmiercią, jakby właśnie przeżył następne
20 lat.
Z kostnicy trumna została przewieziona do wielkiej auli Akademii w Kortowie, gdzie przy zaciemnionych oknach
ustawiona została na katafalku. Sala wypełniła się bracią akademicką i żałobnikami. Było zupełnie cicho. Po
chwili, duże drzwi się otwarły i do sali wkroczył jakby pochód Sędziów Sądu Ostatecznego w czarnych togach,
biretach na głowach i złotymi łańcuchami na piersiach. Słychać było tylko jakby lekki chrzęst i szum skrzydeł.
Ścisnęło mi gardło.
Teraz będą Ojca SĄDZIĆ. Był to sąd gloryfikujący zarówno życie jak i spuściznę po Nim. Sędziami doczesnymi
byli Rektor. Prorektorzy, Senat, Rada Wydziału, przedstawiciele związku zawodowego, wielu organizacji.
Składano wieńce i kwiaty.

Następnym etapem ostatniej drogi Taty było przewiezienie trumny do wypełnionym do ostatniego miejsca
kościoła, gdzie odbyła się uroczysta msza żałobna. Wartę honorową przy trumnie trzymali przedstawiciele
organizacji kombatanckiej ze sztandarami podkreślając zasługi zmarłego, jako członka Armii Krajowej.

Na cmentarzu, kondukt żałobny, do ostatecznego miejsca spoczynku, prowadziło dwóch biskupów i kilku księży
dla uhonorowania niezłomnej postawy Ojca, który nigdy nie ugiął się naciskom władz, nie zapisał się do żadnej
partii i nie przestał być praktykującym katolikiem.
Stanęliśmy nad otwartym grobem. Tu, na zawsze, pozostanie mój Ojciec, myślałem. Tu będę przychodził, aby w
duchu jednać się z Nim. Tu zawsze będę rozpamiętywał to nasze życie, w którym zawsze On był i zawsze na Niego
mogłem liczyć. Jak niesprawiedliwie i okrutnie został potraktowany przez los. Nigdy nie miał czasu dla siebie,
zawsze najważniejsze były obowiązki i kiedy powiedział dość, teraz odpocznę, przestał być na tym świecie
potrzebny!
Przed śmiercią, kiedy jeszcze mógł powiedzieć to, co myśli, ze smutkiem rzekł: i tak nie powinienem złorzeczyć na
los, bo prawie umierałem dwadzieścia lat temu, pamiętasz? Los mi jednak dał te dodatkowe lata za darmo
dokończył ze smutkiem. (Pamiętałem, jak ciężko zaniemógł na jakąś dolegliwość sercową i sam mówił, że się tak
źle czuł, że nie wie czy z tego wyjdzie. Jednak po pewnym czasie zaczął powracać do zdrowia.)
Pamiętam, że nad otwartą mogiłą przemawiał biskup i jeszcze ktoś, a także mój wujek Ernest w imieniu rodziny,
ale to wszystko było jakby z oddali.

 
                               
     
           
                               
 
         
 
Kim był mój Ojciec?
To: profesor zwyczajny, dr habilitowany,
dr filozofii, dr nauk farmaceutycznych,
a przy tym niebywale skromny i pracowity człowiek.
Zawsze rodzinę stawiał na pierwszym miejscu.

Urodził się w Pabianicach w 1906 roku. Jego ojciec
( a mój dziadek) był przemysłowcem. Był piątym
dzieckiem w rodzinie. Już w dzieciństwie niezwykle
zrównoważony i wchłaniający z łatwością wszelką
naukę. Na wyższe studia rodzice wysłali Go do
Poznania. Wszystkie szczeble zdobywania wiedzy
przeszedł jakby od niechcenia. Niezwykle chwalony
przez nauczycieli i profesorów. Mając 26 lat, miał już
dwa doktoraty: nauk farmaceutycznych i filozofii.
Przed nim była wielka kariera naukowa i
dydaktyczna, ale właśnie wtedy przyszedł rok 1939!
Ucieczka z Poznania ratuje mu życie. Straszne lata
okupacji: walczył w okupantem w szeregach Armii
Krajowej nie z bronią w ręku, ale organizując tajne
nauczanie, co także narażało go na śmierć.
Ponownie szczęśliwym trafem uchodzi śmierci z rąk
okupantów.
Po wojnie, w zupełnie zmienionych warunkach, aby
móc znowu wrócić do badań naukowych i dydaktyki
musi, razem z innymi wszystko na nowo
zorganizować. Tak jest w Lublinie a parę lat później
w Łodzi, a jeszcze później w Olsztynie.
Mimo, że dyscyplinę naukową, jaką uprawiał była
zupełnie apolityczna to jednak natrafiał coraz to na
niezliczone bariery i kłopoty natury właśnie
politycznej.
Jednak i w tych niesprzyjających warunkach
potrafił udowodnić, że był niezwykle zdolnym
i pracowitym naukowcem.

 
1933 rok. Poznań. Ojciec ma 27 lat i od roku jest już
po doktoracie.
   
                               
   
                                                           
    Pamiątkowe zdjęcia...      
wzmacniają więź i żal ...
 
             
 
1911 rok. Pabianice.
Kazio ma 5 lat.
           
                                       
             
             
1914 rok. Pabianice. Kazio jest bardzo poważny,
bo właśnie otrzymał Pierwszą Komunię
Świętą.
       
                                 
                   
7 kwietnia 1931 roku. Poznań
Zofia Frydlewiczówna (23 lata) i Kazimierz
Kalinowski (24 Lata) pobrali się po ukończeniu
studiów na Uniwersytecie Poznańskim.
         
                                 
                 
         
1933 rok. Poznań. Oboje pracują jako
asystenci na Uniwersytecie
Poznańskim i mają już doktoraty.
       
     
1938 rok. Poznań.
Na działce:
Mama, Tatko, moja
siostra Jadwiga
(2 latka), ja (3
latka) i kuzynka
Wanda.
                   
                                             
                     
       
1939 rok.
Pabianice.
Uroczystość
rodzinna
Kalinowskich.
Kazimierz stoi w
środku zdjęcia.
   
                     
                                                         
                                           
                           
   
1943 rok. Błażowa pod Rzeszowem.
Czas okupacji niemieckiej.
           
                           
                                           
                                             
       
     
                                             
                                       
                             
                   
   
1945-1952 r. Lublin.
Współorganizator
Uniwersytetu Marii
Curie-Skłodowskiej w
Lublinie (1944 r.),
organizator i pierwszy
wieloletni dziekan
Wydziału Farmaceutycznego
na tym uniwersytecie.
             
             
1952 - 1965 r. Łódź.
Organizator i kierownik
Zakładu Chemii
Farmaceutycznej Akademii
Medycznej w Łodzi.
Przewodniczący Rady
Naukowej Instytutu Leków
w Warszawie.
Przewodniczacy Komisji IV
Farmakopei Polskiej.
   
               
1965 - 1972 r. Olsztyn.
Współorganizator
Wydziału Weterynaryjnego
Wyższej Szkoły Rolniczej w
Olsztynie.
Dyrektor Instytutu Biologii
Stosowanej Akademii
Rolniczo-Technicznej
w Olsztynie.
   
                         
                               
                                   
       
     
       
     
   
 
1973 rok.Olsztyn. Z ukochaną
wnuczką Ewą.
                     
1975 rok. Olsztyn.
Domowe zacisze.
Nieliczne chwile zupełnego relaksu,
układanie pasjansa, który z
resztą często " nie wychodził" .
                   
                             
                                                       
       
     
Poniżej zobaczysz pamiątki po moim kochanym Tacie, które
pozwalają mi z Nim być, na co dzień, do końca moich dni.
           
     
Wspaniały portret, namalowany przez Antoniego Michalaka w 1949 roku - dar
pierwszych magistrów. (Obraz olejny o wymiarach 1,15 m x 0,92 m ).
           
   
Tekst wygrawerowany na przymocowanej do obrazu tabliczce:
" Organizatorowi Wydziału Farmaceutycznego
Uniwersytetu M.C.S., Kochanemu Profesorowi
Dr-owi Kazimierzowi Kalinowskiemu, Pierwszemu
Dziekanowi w dowód wdzięczności ofiarują Jego
pierwsi magistrowie. 1944-1949 "
 
 
Rada Miasta Olsztyna, w dowód uznania zasług Taty dla regionu Warmii i Mazur,
nazwała jedną z ulic jego imieniem;
 
Jego życie i zasługi zostały docenione na tyle, że uwieczniony został na wieczną pamiątkę w Wielkiej
Encyklopedii Państwowych Wydawnictw Naukowych
w tomie 13 - staraniem mojej siostry Jadwigi.
W największej światowej encyklopedi internetowej Wikipedia Kazimierz Kalinowski ma swoje miejsce>>>
   
 
cd >>>
 
   
 
 
Home Dzień dzisiejszy(fotografie)  Książka Gości
Poczta
Strona poprzednia
Strona następna