Życiorys. Strona 56
Rozpoczęła się normalna praca. Praktycznie odpowiadałem za całe zaplecze hotelu chociaż nie nazywałem się 
dyrektorem do spraw technicznych. Trzeba było nagrać sprawy codziennego zaopatrzenia hotelu. Novotel to nie
 tylko pokoje noclegowe, ale to duża restauracja z oddzielnym barem, to także bardzo duża sala wielofunkcyjna na 
różne zjazdy, konferencje czy szkolenia czy bale. Ogrzewanie było z własnej kotłowni opalanej ropą. Była także 
własna, duża pralnia. Prało się w niej nie tylko całą pościel hotelową, ale także wszelakie obrusy, ściereczki, fartuchy 
itp. z części gastronomicznej. Jak z tego widać, było co robić i za co odpowiadać. Wszystko to było obsługiwane przez 
nowo przyjętych pracowników, którzy wszystkiego musieli się nauczyć "  w biegu" . Czułem się w tym wszystkim jak
 ryba w wodzie. Sprawy techniczne udało się opanować bardzo szybko, jednak bywały nieprzyjemne niespodzianki,
 o czym nieco później.
Zaraz na początku nie obeszło się bez zgrzytu z nowym dyrektorem.
 Gdy ustawiłem już podległych sobie pracowników to okazało się, że pracownicy, którzy mieli za zadanie zaopatrywać 
gastronomiczna część Novotelu, muszą pracować według zupełnie innego harmonogramu niż pozostali pracownicy.   
Ich codzienny początek dnia był już o godzinie 6 a czasami i wcześniej. Sprawdziłem to w praktycznym działaniu, 
wszystko  grało . Po paru dniach nowy dyrektor przyszedł wcześniej, (o 7,30, czyli pół godziny przed rozpoczęciem 
pracy pozostałych pracowników zaplecza- nie licząc nocnej obsługi) na kontrolę i okazało się, że pracownicy 
zaopatrzenia są już  w mieście  i nie można skontrolować ich czasu przyjścia do pracy. Zwołał ogólne zebranie, 
dostałem reprymendę, że wprowadzam jakieś innowacje, a właściwie bałagan i mam to zmienić. Wszyscy mają 
rozpoczynać pracę o 7! Nie pomogły tłumaczenia, że goście często chcą śniadanie już o 7 rano a np. bułek świeżych 
nie da się kupić poprzedniego dnia! Nic to tłumaczenie nie skutkowało, wobec tego ustąpiłem i pracownicy dostali 
nowy harmonogram pracy. Przez kilka następnych dni wszystko działo prawidłowo, aż do momentu, kiedy to duża 
wycieczka zagraniczna zjawiła się na śniadaniu o 7,00. Bułek oczywiście nie było, bo dokładnie o tej godzinie 
zaopatrzeniowcy wsiadali dopiero do samochodu i wyjeżdżali do piekarni. Przyjechali po 20 minutach, a bułki na 
stołach były 10 min później.
 Awantura zrobiła się okropna. Kierownik wycieczki nie mógł zrozumieć, dlaczego zaopatrzenie działa tak opieszale. 
Dyrektor zawezwał mnie, a ja przypomniałem, nie bez satysfakcji, że to właśnie on tak zarządził! 
Od tej pory miałem całkowitą swobodę w zarządzaniu całym zapleczem, a ta awantura wspominana 
była jako " afera bułkowa" , która przytarła nos dyrektorowi.

Nie wszystko jednak udawało mi się tak dobrze rozegrać.
Mój dość liberalny stosunek do tak zwanej  dyscypliny pracy  okazał się zgubny: jeden z pracowników technicznych 
wykorzystał to i często prosił o zamiany w harmonogramie jego czasu pracy, ale robił to tak, że nie wprowadzało się 
poprawek, a tylko za niego przychodził inny pracownik. Minęło tak kilka miesięcy, aż pewnego dnia zostałem wezwany 
przez milicję do pokazania harmonogramu pracy poszczególnych pracowników technicznych z przed kilku miesięcy. 
Sprawdzano dokładnie, kiedy był w pracy właśnie wymieniony wcześniej pracownik, bowiem podejrzewano go o branie 
udziału w rozbojach i kradzieżach a on zasłaniał się tym, że w tym czasie był w pracy!  Wtedy przypomniałem sobie, 
że właśnie on często prosił o zamiany i tego się nie wpisywało! Miałem się z pyszna! Przeprowadzono żmudne 
dochodzenie, kiedy i kto go zastępował w pracy. Wyszło na jaw, że właśnie wtedy, kiedy zastępował go kto inny w 
pracy, on brał udział w rabowaniu i napadach mając jako alibi obecność w pracy! Czułem się jak oszukane dziecko! 
Ale jednak dzięki temu, że zdołałem dokładnie odtworzyć te oszukańcze zamiany udało mi się wyjść z opresji cało. 
Była to niezła nauczka jak nie można robić nic pochopnie.
Hotel, wtedy, to bardzo specyficzne miejsce: 
Śledzono zarówno każdego przybysza jak i podsłuchiwano go. Przypuszczam także, że niektórzy taksówkarze, którzy 
rozsiadali się w fotelach holu w oczekiwaniu na gości hotelowych byli na usługach UB, ponieważ byli zawsze w hotelu i
 wyglądało na to, że nie muszą się stosować nie tylko do poleceń władz hotelu, ale i skargi na nich składane do Milicji 
nie przynosiły żadnych rezultatów.
To, że hotel był pod specjalnym nadzorem UB wiedziała spora część załogi hotelu, a recepcja hotelu była w stałym 
kontakcie z odpowiednimi służbami.
.............
Tak się dziwnie składało, że mieszkanie Eli, w którym przybywałem prawie codziennie do późna w nocy, było w 
pobliżu także dużego hotelu, którego nie strzeżony parking dla gości hotelowych był widoczny z jego okien. Co 
kilka dni jacyś złodzieje włamywali się do zaparkowanych tam samochodów wybijając bez żenady szyby w drzwiach. 
Mimo, że to się często powtarzało, nikt z ulicy nie reagował, a często nawet na tym odcinku wyłączane były latarnie. 
Któregoś dnia właśnie po północy wychodziłem od Eli do mojego domu i zobaczyłem, że jest wybita szyba w 
zaparkowanym samochodzie, a w środku jakiś facet z latarką w ręku coś manipuluje pod deską rozdzielczą. Wróciłem 
natychmiast do mieszkania Eli i zadzwoniłem do komendy Milicji opisując cała sprawę i powiedziałem, że jak się 
pospieszą to złapią złodzieja. Musiałem oczywiście dokładnie opisać skąd dzwonię i jak się nazywam. Czekaliśmy z Elą
 w napięciu na reakcję przedstawicieli władzy. W tym czasie, bez pośpiechu złodziej opuścił samochód, radiowóz 
milicyjny zjawił się po pół godzinie i powolutku przejechał obok okradzionego z wybitą szybą samochodu bez 
zatrzymywania się.
Na drugi dzień, po południu, do Eli mieszkania przyszedł milicjant i chciał dokładnie wiedzieć, co ja robiłem u niej w 
mieszkaniu i kto to ja jestem!
 Wtedy to dopiero rozjaśniło mi się w głowie. Od dawna było tajemnicą poliszynela, że milicja współpracuje z 
niektórymi złodziejami, jak ci po takiej kradzieży oddają jej skradzione dokumenty obcokrajowców. Wiadomo było, do 
czego one były " władzy"  potrzebne. Po ich przerobieniu wysyłano z nimi na Zachód " swoich" ludzi .
.............
Pierwszy sylwestrowy bal w Novotelu miał być najlepszym w Olsztynie. Karnety wykupione były już w połowie roku. 
Przybycie zapowiedzieli najbardziej znani mieszkańcy naszego miasta. Przygotowania zajęły nam mnóstwo czasu, bo 
chcieliśmy zrobić jak najlepszą reklamę.
30 grudnia wszystko było zapięte na ostatni guzik. W nocy z 30 na 31 chwycił silny mróz. Z temperatury +8 zrobiło się 
nagle  - 15 stopni C. Rano po przybyciu do pracy stwierdziliśmy, że wszystkie urządzenia klimatyzacyjne utrzymujące 
właściwą temperaturę w całej części gastronomicznej są zamrożone i przestały działać! Doznaliśmy szoku. Na balowej 
sali temperatura spadła do ok. 12 stop. C. W takiej sytuacji trzeba odwołać tak szumnie zapowiedziany bal! To 
oznaczało nie tylko niesamowitą wpadkę finansową, ale także utratę odpowiedniego prestiżu. Mięliśmy przed sobą ok. 
10 godzin, aby rozmontować wszystkie agregaty, rozmrozić je, pospawać to, co już popękało i spróbować uruchomić na
 nowo. Na koniec potrzebny był jeszcze czas, aby nagrzać cały budynek gastronomiczny. Zmobilizowałem wszystkie 
możliwe siły, aby spróbować wybrnąć z tej sytuacji. Dyrektor, co parę minut przychodził i nerwowo pytał czy się uda to 
wszystko uruchomić. 
Po pięciu godzinach niesamowitej pracy całego naszego zespołu pierwszy agregat zaczął pracować, co dawało szansę 
na uratowanie balu.
Dwie godziny przed spodziewanymi przybyciami na salę pierwszych gości, agregaty klimatyzacyjne pracowały w miarę 
dobrze, tak, że mogłem pójść do domu, trochę odpocząć i zjawić się na balu z Elą już jako cichy zwycięzca 
przeciwności losu.
Nikt z uczestników tej szalonej nocy niczego się nie domyślał i zabawa była wspaniała. Przygotowanych było mnóstwo 
konkursów, były nagrody. Każdy z uczestników dostał na pamiątkę: wypaloną glinianą plakietkę oraz pamiątkowy 
ceramiczny kufel do piwa. Wykonane były przez znanego olsztyńskiego artystę plastyka.
Obrazek
Po tych dramatycznych dla mnie wydarzeniach moje " akcje" , jako kierującego całym 
zapleczem hotelu wzrosły na tyle, że nigdy już więcej nie miałem problemu z 
przeforsowaniem swoich racji.
                                                                                                            
Na wiosnę, 1976 roku, kiedy to hotel miał trochę wolnych miejsc, zjeżdżało się wiele wycieczek z pracownikami innych
 hoteli z Polski, którzy chcieli zapoznać się nowymi rozwiązaniami, jakie wnosiła światowa sieć Novotel. Jedna z tych 
wycieczek utkwiła mi w pamięci. Czyniłem, jak to się mówi, honory domu, i wyszedłem przed podjazd do hotelu, gdzie 
zajechał właśnie autokar z taką wycieczką. Przez chwilę drzwi się nie otwierały, widać było, że w środku kilka osób 
mocuje się z nimi. Nagle się otworzyły z rozmachem, a na chodnik wypadło dwóch wycieczkowiczów. Jeden z nich 
pozbierał się żwawo i podszedł do mnie chwiejnym krokiem, oświadczył bełkotliwie, że jest kierownikiem wycieczki. 
Moją podaną do powitania rękę chwycił w swoje obie, pewnie po to, aby ponownie nie runąć na chodnik, i ucałował 
ją, tak się przyssawszy do niej, że ledwo się z tego uścisku wyrwałem! 
..........
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Praha
Obrazek
        Nadchodziły wakacje, a ponieważ przeszedłem do Novotelu, jak to się wtedy 
nazywało, za porozumieniem zakładów, miałem cały miesiąc urlopu do 
wykorzystania. Zaproponowałem spędzenie urlopowego miesiąca razem z Elą i jej 
synem Robertem, znowu w Bułgarii. Chciałem przymierzyć się do wspólnego życia 
we troje. Była to wspaniała okazja aby się przekonać jak taka nowa rodzinka się 
zintegruje. Kierunek Bułgaria, wynikał oczywiście z tego, że załatwiało się to bez 
problemów i było względnie tanio. Nie mogłem przecież liczyć, że dostanę normalny 
paszport, a z tak zwaną  wkładką paszportową,  nie było problemów. Pojechaliśmy 
jeszcze raz z moją wysłużoną ,rozkładaną przyczepką campingową. Tą dużą o której
 wspomniałem na poprzedniej stronie kupiłem dopiero po powrocie z urlopu.
Tym razem postanowiliśmy pojechać przez Prahę, Bratysławę, Budapeszt, nad 
Morze Czarne w Bułgarii.
 Całe wakacje były wspaniałe. Pogoda urlopowa, morze ciepłe. Z Robertem nie 
było żadnych problemów. Miał wtedy 15 lat i w pełni się nawzajem akceptowaliśmy. 
Co dobre szybko mija. Wracaliśmy przez Rumunię i Ukrainę (ZSRR), a dokładnie 
przez Lwów. Do granicy polskiej było tylko 90 km, więc postanowiliśmy, że resztę 
posiadanych pieniędzy wydamy na hotel we Lwowie i kupimy coś ze złota. 
Już samo wynajęcie pokoju hotelowego okazało się niezwykle trudne. We Lwowie 
był tylko jeden hotel dla obcokrajowców (w innych nie można było się zameldować). 
Na początku nie rozumiałem o co chodzi. Ciągle słyszałem: nie lzja !
 Wreszcie wytłumaczono mi: możemy zostać na noc w hotelu, ale Ela z synem w 
jednym pokoju, a ja w osobnym i do tego na innym piętrze i nie dlatego, że na tym 
samym nie wolnych pokoi, ale dlatego, że u nich są takie przepisy. Nie było rady. 
Zapłaciliśmy za dwa a spaliśmy w jednym. Nawet nie poszedłem zobaczyć tego 
drugiego bo obawiałem się, że jak wyjdę to mnie nawet nie wpuszcza z powrotem 
do Eli, ponieważ na każdy piętrze, przy schodach, siedział przy stoliku facet z 
obsługi hotelu i sprawdzał gdzie kto idzie. Na każdym piętrze, w tym luksusowym 
hotelu dla obcokrajowców, była tylko jedna ubikacja męska i jedna damska służąca 
ok. 30- tu pokojom. W pokoju była tylko malutka umywalka.
Na drugi dzień poszliśmy do dużego sklepu z biżuterią i kupiliśmy grubą złotą 
obrączkę, bo okazało się, że jest bardzo tania i ma dobrą  próbę . Sprzedawczyni 
ostrzegła nas życzliwie, że wywożenie jej za granicę jest zabronione !!!!   Po wyjściu 
ze sklepu pojechaliśmy na przedmieście i na ustronnym miejscu ukryliśmy ją 
bardzo starannie w zakamarkach samochodu. W hotelu, nie podejrzewając niczego,
 ( o jaki byłem naiwny, przecież ja już wiedziałem jak funkcjonują hotele !!!) 
rozmawialiśmy o tej obrączce, całe szczęście nie mówiąc gdzie ona jest ukryta, ale 
tu chodziło o Roberta, aby się nie denerwował na granicy.
 Pieniądze się skończyły i trzeba było jechać na przejście graniczne.
 To, co tam nas spotkało zapamiętamy na całe życie!

 Tylko podjechaliśmy do odprawy celnej, prawie wybiegł do nas celnik 
radziecki i nakazał nam jechać na kanał. Kazał wysiać i aż dwóch 
funkcjonariuszy z latarkami, szczegółowo, opukując każde miejsce 
podwozia, dokłanie je przeglądali. Niczego nie znaleziono oczywiście. Teraz 
zabrali się do przewracania wszystkich bagaży. Tu także niczego nie 
znaleziono. Kazali podjechać na pobliski parking i czekać. Po pół godzinie 
wezwano do biura Elę. Tam posadzono ją na specjalnym krześle obok 
aparatu, który był według celnika wykrywaczem kłamstw. Zaczęło się 
przesłuchanie. Oczywiście dotyczyło złota! Czy nie wywozi złota, czy w 
samochodzie jest ukryte złoto, czy była w sklepie z biżuterią i czy kupowała 
złoto i w końcu gdzie ma schowane złoto, bo oczywiście zdecydowanie 
kłamie. Ela, strasznie zdenerwowana, wszystkiemu zaprzeczała oprócz tego,
 że była w sklepie ze złotem, ale niczego nie kupiła. Wreszcie, 
wyprowadzona z równowagi, oświadczyła, że ma złoto,  ale" w gębie" , bo 
ma " dowieszkę"   złotą! 
Wtedy wyproszono ją z tego biura i wezwano mnie. Także posadzono mnie
  na tym krześle, ręce kazano oprzeć na metalowych nakładkach na 
poręczach i zaczęło się podobne przesłuchanie. Aparat, który obok 
zobaczyłem, robił wrażenie amatorskiej konstrukcji, sklecony z elementów 
różnego pochodzenia. Na wstępie oświadczono, że samochód będzie 
jeszcze dokładnie przeszukany i jeżeli okaże się, że jednak znajdą złoto to 
będzie, razem z przyczepą skonfiskowany! Zdenerwowanie i stres sięgał 
zenitu.
 Po dziesięć razy padały te same pytania a ja odpowiadałem jednakowo, 
że nic nie kupiłem i nie mam. Po pewnym czasie kazali mi wyjść i czekać na
 dalsze decyzje. Znowu minęło z pół godziny. Wreszcie zjawił się jakiś 
wojskowy i kazał odjeżdżać!

Po przekroczeniu granicy przysięgaliśmy sobie, że już nigdy tam nie 
wrócimy. 
Obrazek
HOME         Dzień dzisiejszy(fotografie)              Książka gości                Poczta                Strona poprzednia                 Strona następna
cd na str. >>>
<< Pamiątka z 
wypalanej gliny
w naturalnej 
wielkości.

Kliknij na obrazkua zobaczysz więcej ....

Do zobaczenia jest 37 zdjęć.

Praha
Obrazek
Obrazek
Mickiewicz
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Bulgaria
Obrazek