Życiorys. Strona 5.    
Koniec okupacji niemieckiej i ... początek nowych kłopotów!
             
                                             
     
Ojciec robił, co tylko możliwe, aby przyczynić się do stawiania czynnego oporu okupantom.
O domu także nie zapominał. Pamiętam, że nie było elektryczności ( nie wiem czy to z powodu jakiegoś uszkodzenia
czy po prostu okupanci wyłączyli zasilanie miasteczka), dość, że postawił w ogródku wysoki słup a na nim zainstalował
prądnicę samochodową napędzaną śmigłem. Prądnica ta połączona była z kilkoma akumulatorami, a te z instalacją
wewnątrz mieszkania zasilając kilka żarówek samochodowych. I tak mieliśmy w domu, jakie takie światło.

       
     

Pewnego dnia 1944 roku Niemcy nagle zaczęli się w pośpiechu wycofywać a na ich miejsce zaczęły
nadjeżdżać niekończące się kolumny samochodów, czołgów, motocykli z żołnierzami rosyjskimi
i polskimi. Wszędzie było ich pełno. Zakurzeni, zmęczeni, brudni.

       
                                             
     
Był to koniec koszmaru okupacji niemieckiej.
       
                                             
     
Jedne oddziały przemieszczały się przez Błażowę bez zatrzymywania, inne miały kilku dniowe postoje.
Wtedy można było dokładnie zobaczyć jak wyglądają samochody wojskowe (a były rosyjskie i amerykańskie),
a nawet zostać przewieziony (jak to mi się trafiło) nie byle jakim, bo był to wojskowy motocykl Harley Davidson !

       
                     
   
       
                     
   
Można było zrobić sobie także zdjęcie z żołnierzem. (ten z lewej - to ja )
       
                     
                       
Harley Davidson z 1942 r. - zdjęcie z portalu: www.harley-davidson.com
     
                                             
   
W budynku miejscowego byłego biura niemieckiego (dawniej policji) zainstalowała się wojskowa komendantura
rosyjska. Zaraz na drugi dzień kilku wojskowych przyszło do naszego mieszkania i zażądali od Ojca, aby natychmiast
zdemontował opisany poprzednio wiatrak z prądnicą !
Na nic nie zdały się wyjaśnienia, po co to jest zaistalowane. Musiał to zdemontować i tak skończyła się nasza mała
elektryfikacja !

 
                                             
   
W tych czasach wydawało mi się, że żołnierze żyjący na codzień ze śmiercią "za pan brat" są odporni na wszystko.
Jednak to, co się zadrzyło niezwykle mnie poruszyło. Oto pewnego pogodnego dnia usłyszeliśmy pojedyńczy strzał
z nad pobliskiej rzeczki. Na trawie leżała martwa Rosjanka w mundurze z karabinem między kolanami z lufą
skierowaną do piersi, a obok kartka, że odebrała sobie życie, ponieważ jej najdroższy został gdzieś w Niemczech
zabity.
Było to dla mnie zdarzenie szokujące ! Jak to ? Zastanawiałem się. Omijała ją śmierć prawie codziennie a ona
sobie życie odebrała ?? ! To było dla mnie nie do pojęcia i było przerażające !
Wiele razy później do tego zdarzenia wracałem myślami.

 
                                             
   

Rosjanie w przeciwieństwie do wojska niemieckiego byli wszędzie obecni i często byli pijani. Szedłem pewnego dnia do szkoły,
którą od zwartej zabudowy miasteczka dzieliła płaska dość duża przestrzeń, jakby łąka. Właśnie na tej łące szedł pijany żołnierz
rosyjski i ni to śpiewał ni to krzyczał, aż w pewnym momencie zaczął strzelać ze swojej "pepeszy" na oślep przed siebie. Zaraz
mnie trafi, pomyślałem! Padłem w trawę z sercem "w gardle" i leżałem przytulony do ziemi.
   
Po jakimś czasie dziarski żołnierz się oddalił, a ja pogoniłem co sił do szkoły.
       
     
Wojska rosyjskie po pewnym czasie zniknęły. Mijały
miesiące zamieszania "wewnętrznego", kształtowania
" nowej władzy".
 
                 
     
W lecie 1945 roku znowu zaczęły przejeżdżać przez Błażowę
kolumny wojsk rosyjskich. Tym razem jechały w przeciwną
stronę i w zupełnie innym nastroju. Wracali do domów !
Samochody obładowane niesamowitą ilością różnych rzeczy:
rowerów, motocykli, mebli, różnych instrumentów itp.
Na rękach mieli po dziesięć zegarków nie rzadko.
Można było wszystko kupić za grosze a właściwie za wódkę.
Żołnierze mówili, że i tak tego nie pozwolą
im przewieść przez granicę do ZSRR.

 
                 
     

Mama kupiła sobie za spirytus zegarek na rękę i pianino dobrej niemieckiej marki.

Było ono wewnątrz zalane jakąś zupą (!),
ale po wyczyszczeniu i nastrojeniu bardzo dobrze się sprawowało.
Grywała na nim aż do swojej śmierci w 1996 roku.

 
                 
   
W ten właśnie sposób dostałem pierwszy "normalny" rower !
                   
                                 
   
cd >>>
                                 
   
    Home Dzień dzisiejszy(fotografie)  Książka Gości Poczta   Strona poprzednia
Strona następna