Gorzka dygresja: Od napisana poprzedniej strony minęło kilka lat. Lat, które zmieniły moje życie... Stałem się psychicznie innym człowiekiem. Mam dziś, kiedy to piszę już 82 lata, i może nie to ma znaczenie najważniejsze, ale przeżycia, które mnie dotknęły. Umarli: moja mama, moja siostra, moja żona, mąż mojej siostry! Uświadomiłem sobie, że życie człowieka jest jak płomień świecy, że może zgasnąć w każdej chwili, że nie ma znaczenia, co czujesz, co wiesz i co jest dla ciebie ważne lub nie. Pochowają cię z mniejszymi lub większymi honorami i przestaniesz istnieć na wieki, na zawsze... nie ma znaczenia żadna religia, żadne wierzenia, nie istnieje nic po śmierci, zapomną o tobie! Zresztą nawet w religii katolickiej jest tylko jedna prawdziwa teza:

"Prochem jesteś i w proch się obrócisz" (Rdz 3, 19).

       

Życiorys.

Strona 102

       
               
                       
Śmierć MAMY

Po powrocie z Lublina i po minięciu ekscytacji minionymi uroczystościami było widać, że mama znacznie podupadła na zdrowiu.

Chcieliśmy z Elą, aby przeniosła się do naszego domu, bo było wyraźnie widać, że z życiem codziennym radzi sobie coraz gorzej. Widziałem to, bo byłem w jej mieszkaniu codziennie z zaopatrzeniem.

Mama jednak stanowczo odmawiała i zdecydowaliśmy, że załatwimy pomoc domową, która w pełni będzie codziennie obsługiwać mamę w jej mieszkaniu.

Przy pomocy znajomych znaleźliśmy kobietę, która przychodziła codziennie od rana do popołudnia. Miała w pełni mamę obsługiwać włącznie z robieniem obiadu.

Trwało to jakieś trzy miesiące. Mama była coraz mniej z niej zadowolona.

Doszło do tego, że musiałem zwolnić wspomnianą kobietę i załatwiłem nową z Pomocy Społecznej, który to urząd zobowiązany był do świadczenia takich usług z racji wieku mamy bezpłatnie. Przez jakiś czas wszystko było dobrze.

Któregoś dnia mama poprosiła mnie o wsparcie finansowe, choć jej emerytura była zupełnie niezła i starczała na normalne utrzymanie! Listonosz, który przynosił ją, miał przyjść dopiero za kilka dni.

Bardzo mnie to zdziwiło i prosiłem o podanie powodu braku pieniędzy. Mama nie chciała początkowo wyjaśnić, z jakiego powodu zabrakło gotówki. Dopiero po wielkich naleganiach i z wielkim oporem, niezbyt składnie odtwarzałem, co zaszło.

Prawdopodobnie było tak: do Mamy przychodziła, co pewien czas pewna kobieta "po prośbie" od dość dawna i zawsze dostawała jakąś zapomogę finansową. Zawsze wspominała, że ma jakiegoś niesprawnego męża i same kłopoty z nim związane. Nie wiadomo, czy przy zdarzeniu była w mieszkaniu wtedy wspomniana pomoc, czy nie. Podejrzewałem, że była, bo jej tłumaczenia były jakieś nieskładne. Wtedy właśnie przyszła jak już wiele razy poprzednio ta kobieta, która otrzymywała finansowa pomoc. Mama miała w zwyczaju, na stare lata, że kosztowności, na których jej zależało i oczywiście wszelką gotówkę trzymała w torebce. Jak zadzwoniła do drzwi żebrząca kobieta, Mama najprawdopodobniej podeszła do drzwi, aby jej otworzyć już z torebką w ręku. Jak później wynikało z wielu różnych naszych dociekań, od których Mama się zawsze uchylała mówiąc:" a nie ma co tego wspominać! Stało się i tyle..." albo "i tak nie pamiętam, jak to było..", otworzyła drzwi, zobaczyła, że jest to ta kobieta, co zawsze, sięgnęła do trzymanej w ręku torebki i wtedy z za pleców tej stojącej wychylił się jakiś mężczyzna, wyrwał całą torebkę Mamie z rąk i uciekł. Wspomniana kobieta oddaliła się także mówiąc, że to jakiś nieznany jej facet ukradł tę torebkę. Ponieważ podejrzewaliśmy, że o tej całej sytuacji wiedziała i zataiła ją kobieta opiekująca się Mamą, po rozmowie z nią na ten temat, wyrzuciliśmy ją. Tłumaczyła nam, że Mama nie wie co robi, że, prawdopodobnie gdzieś torebkę zapodziała, że jest nie w pełni poczytalna.

 

W styczniu 1996 roku stan zdrowia Mamy pogorszył się bardzo.

Do tej pory nie chciała słyszeć o lekarzu, ale teraz zgodziła się, aby zbadała ją lekarka, którą polecaliśmy, jako krewną Eli a tym samym osobę zaufaną. Oczywiście nie było zgody na jakieś gruntowne badanie i orzeczenie lekarskie.

W tej sytuacji mogła być w zasadzie tylko jedna diagnoza: starość.

Jednak widać było, że słabnie z każdym dniem i wyraźnie poddaję się. Nie chciała nawet już wstawać z łóżka.

Wtedy podjęliśmy decyzję poproszenia o pomoc jednego z bardziej znanych w Olsztynie lekarzy, aby nie bacząc na opór Mamy przed wszechstronnym badaniem, dojść do prawdy o stanie jej zdrowia.

Tym razem nie było już oporu ze strony mamy, co już sugerowało, że sytuacja jest poważna.

-----

Z daleka, przez uchylone drzwi obserwowaliśmy przebieg badania i w pewnym momencie widzieliśmy wyraźne poruszenie Mamy a także lekarza. Na twarzy Mamy, ostatnimi czasy bladej, pojawił się rumieniec, a lekarz stał nad nią i ze smutna miną kiwał głową ...

Niebawem poprosił nas, abyśmy weszli i zakomunikował: Niestety pani Zofia ma bardzo zaawansowanego raka piersi z licznymi przerzutami!

To był wyrok!

Praktycznie mogliśmy się tego spodziewać, ale żadne z nas nawet w myślach tego nie dopuszczało, ale przecież jakby rozsądnie przeanalizować poprzednie lata a zwłaszcza miesiące, to można było dojść do takiego wniosku.

Wtedy Mama, jakby zdjęto z niej jakiś wielki ciężar, jakby uwolniono ją z dręczącej ją tajemnicy powiedziała:

Ja wiedziałam już o tym osiem lat temu !

Teraz nas zupełnie zatkało! Dlaczego Mama nic nie mówiła, dlaczego nic nie robiła, żadnych badań, żadnych skarg na swój stan zdrowia?

--------------

 

Panie doktorze! - Co teraz robić? -Spytałem. Nic już nie da się zrobić! - Powiedział. Jest taki stan, że tylko można dać leki przeciwbólowe i wzmacniające.

Po wyjściu na korytarz - dodał ze smutkiem: Państwa Mama ma kilka tygodni życia najwyżej .

Sytuacja stała się dramatyczna! Czułem się tak jakbym skostniał, jakby mi krew z głowy znacznie odpłynęła. Owładnęło mną uczucie bezradności - nic pomóc nie można już było !

Zadzwoniłem do mojej siostry mieszkającej w Głownie koło Łodzi, aby natychmiast przyjechała.

Ela i ja pracowaliśmy i przed południem ktoś z Mamą musiał być..

Siostra przyjechała następnego dnia. Ograniczyłem wyjazdy poza Olsztyn.

Mama wyraźnie poddawała się wyrokowi losu.

===================

16 lutego 1996 roku.

 

Siedzieliśmy w pokoju obok pokoju, gdzie Mama leżała na tapczanie, tak, że było widać jej prawie całą postać... Leżała spokojnie, nie było już słychać jej oddechu... Siedzieliśmy w milczeniu nie patrząc na siebie. Był późny wieczór, światła tylko najmniejsze.

Podparłem głowę oboma rękami wspartymi na kolanach.

---

Łzy popłynęły mi same po policzkach. poczułem, że oto dusza mojej mamy uchodzi gdzieś hen w przestworza.. Dała mi znać, że jest uwolniona, że odchodzi, że nas opuszcza.

To już koniec!

Wiedziałem to! Czułem to!

Wiedziałem tak samo, jak wtedy, gdy karetką odwozili nieprzytomnego ojca! Jego dusza też wtedy już go opuściła i ja to czułem tak samo!

Podniosłem głowę i powiedziałem: Dokonało się!

Podszedłem do leżącej mamy, a ona była już nieruchoma, zastygła... prawie chłodna...

Przyłożyłem moje dłonie do jej głowy - niech przejdą Jej ostatnie myśli do mnie -jestem jej życia przedłużeniem...

Żegnaj kochana Mamo !

=====

Po chwili oprzytomnieliśmy!

Trzeba wezwać lekarza!

- - - To już była tylko formalność.

Pogotowie przyjechało prawie natychmiast.

Lekarka powiedziała spokojnie: proszę o dowód osobisty zmarłej.

!!!

Dowód? Gdzie jest dowód?

Gdzie są w ogóle wszystkie dokumenty?

- Jak to? Nie macie państwo dokumentów tej pani?

-To nasza Matka !

- No dobrze, ale dokument tożsamości jest niezbędny.

Tak. tak... gdzieś muszą być. -Dostarczymy!

Nie mogę wystawić świadectwa zgonu! - Oświadczyła pani doktór.

- Proszę dostarczyć niezwłocznie do pogotowia...

---

Teraz przypomniałem sobie, jak to było z tą kradzieżą!

To będzie nie lada dodatkowy kłopot! - pomyślałem .

===============================================

Foto - reminiscencje ...

 
Oficjalny życiorys Mamy znajduje się w Swiatowej Encyklopedii Internetowej "Wikipedii" tu >>>
 
cd >>>
 
 
 
  Home Dzień dzisiejszy(fotografie)  Książka Gości
Poczta
Strona poprzednia
Strona następna